piątek, 31 sierpnia 2012

Zamknięta lista odbiorców - czyli zdrowy stosunek do rzeczywistości

Spotkałam ją pewnego dnia i mimo, że nie chciałam, zdecydowała zostać moją „przyjaciółką”. Taką, która zawsze potrzebuje ale nigdy nie bywa potrzebna... Wymagającą pomocy w każdej niemal dziedzinie - zrób mi pedicure, wszyj mi suwak do kurtki albo spódnicy, porozmawiaj ze mną, bo JA MUSZĘ ! porozmawiać (niekoniecznie z tobą), chodź na spacer, wrzuć mi nowe zdjęcie do mojego CV, ale przedtem mi je zrób, powiedz mi jak wysłać pocztę, dodać załącznik, skopiować z pendrive'a do komputera i odwrotnie...
Wiele pytań, próśb, nieustanne żądania, chcenia, zmuszanie do robienia w danej chwili tego, czego „przyjaciółka” potrzebuje. WYŁĄCZNIE ona i ZAWSZE ona.
Czy to przyjaciółka faktycznie? Ano, nie.
Dzisiaj więc stworzyłam wreszcie zamkniętą grupę w komórce, tych z którymi chcę rozmawiać. Jej na tej liście nie ma. Mam już dość usługiwania.Możliwe, że nigdy bym tego nie zrobiła, gdyby „przyjaciółka” nie doprowadziła mnie do dwóch rzeczy - pasji i ostateczności. I przyznaję, zbyt długo czekałam z podjęciem decyzji.
Zwykle dla przyjaciół dalszych i bliższych bywam łagodna jak baranek, bywam cierpliwa... Ale czasem się wyczerpuję. Nie zrobiłabym więc zamkniętej grupy połączeń, gdyby chociaż raz wzięła do ręki ołówek i zapisała, jak co się robi, nauczyła się tego, czego uczy się chętnie i bez problemów pierwszoklasista.
Jak zrobić ctrl+C i ctrl+V, jak załączyć plik do wysyłanej wiadomości, ale... ona nigdy nie ma tego, co ja. Niestety, jej Windows zawsze wygląda inaczej, jej przeglądarka (ta, co moja) nie ma tych samych okien i menu, jej skrzynka (taka jak moja) ma zupełnie inny wygląd. Cuda, Panie. Zawsze jakieś inne okna, nie takie jak u wszystkich, tylko INNE... A na dodatek śmiem ją „zmuszać” do czegoś, do NAUKI!
Dzwoni więc nieustannie i wisi na słuchawce, ustalając, gdzie jest polecenie zapisz załączniki, otwórz plik,  ale... kiedy biedactwo klika na zapisz, plik się otwiera, oczywiście złośliwy plik zapisuje się, kiedy ona akurat chce go otworzyć... Albo dziesięć minut, analizując interfejs windowsa, ustalamy telefonicznie, gdzie do licha jest to wredne okno jej wrednego pendrive'a. - Otwórz go! - krzyknęłam besilna i z pianą na pysku. - Na litość Boską, otwórz swojego pendrive'a to zobaczysz to cholerne okno! SIC!
Obraziła się. Dostałam sms: „Myślałam, że mi pomożesz...” (płacz)

Mój facet powiedziałby nieparlamentarnie: „Ch..j jej w d....ę!” I miałby rację :)
Mężczyźni mają zdrowy stosunek do rzeczywistości.

Dziękuję, mój Facecie. A wszystkim, którzy mają „przyjaciółki” szczerze polecam zamkniętą grupę.

                                                                                                                     Fot. Internet, vintage Barbie

środa, 15 sierpnia 2012

Polinezja Profesora


Niedawno do refleksji nad tym tematem, skłoniła mnie rozmowa z pewnym znajomym profesorem.

Nie podam dokładnych danych, bo chciałabym zachować anonimowość Profesora, ale...
Dyskusja zaczęła się od Pewnego Północnego Kraju, jego niezwykłego dobrobytu i dużej liczby samobójstw, głównie wśród ludzi młodych. Opowieść była bardzo interesująca, a wniosek był cytatem z wypowiedzi jednego z młodych ludzi, zapytanych o przyczyny tychże samobójstw. Żadne ekonomiczne, żadne egzystencjalne, ale... o dziwo – z powodu nadmiaru. SIC! Posiadania wszystkiego, co nie stwarza żadnych podniet, nie powoduje pragnień, lub też wynika z niewiedzy (brak dociekliwości), iż takowe pragnienia w ogóle można posiadać.

W ciągu dalszym rozmowy powstało naturalne pytanie:„Dokąd więc stąd  s...ć?”

Najpierw Profesor rozwinął swoje niezadowolenie, iż jako człek głęboko wykształcony na Bardzo Znanym Uniwersytecie przez innych Bardzo Znanych Profesorów, nie znajduje za te trudy zadośćuczynienia ani finansowego, ani jakiegokolwiek poklasku... Ot, zwyczajny nauczyciel akademicki za małe pieniądze. Przejście do wątku „dokąd więc?” było już tylko wynikiem żalów. Możliwości, jak się okazało były ogrome, rozłożone jak cenny wachlarz albo pawi ogon. Więc pojawiły się i Nju Jork, i Paryż, ale nade wszystko Polinezja... Klimat dobry, wspólnota zamorska zależna od Francji, egzotyka połączona z cywilizacją, no i 100 franków CFP (waluta Polinezji) = 0,84 EUR (więc żyć tam za wysoką europejską emeryturę, nie umierać; niedrogi posiłek w restauracji to koszt około 17 euro a 1,5 l wody = 0,8 eur)!!! Genialny wybór. Znajomości owszem są, koneksje również.

- Więc dlaczego jeszcze tu jesteś? – spytałam. Przy takich układach dawno byłabym w Papeete.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy usłyszałam: - Ja mogę żyć wszędzie, ale tylko jako  PROFESOR !

Wolność jest więc złudzeniem? Trudno się dziwić, bowiem nauka, praca, wieloletnie doświadczenie, tytuły umiejscawiają nas w złotych klatkach. Trudno także było mi wyobrazić sobie mojego Profesora jako na przykład ciecia w muzeum, ogrodnika, czy chałupniczego artystę od naszyjników z pestek albo szklanych paciorków... W końcu sami sobie ścielemy.

I tu przypomniała mi się historia pewnego Bardzo Zamożnego Człowieka który był również bardzo wykształcony i bardzo ustosunkowany z powodu swej pracy w mediach gdzieś w Bardzo Wielkim Świecie. Pewnego dnia, kiedy zauważył, że mu to Bardzo Szkodzi gwizdnął to wszystko i wspólnie z rodziną wyjechał na Bardzo Małą Wyspę, gdzie razem stworzyli niewielki biznes paciorkowo-rękodzielniczy. Pisał na swoim blogu, że nie wraca, że mu dobrze, że wszyscy są zdrowi, że mają czas pracować, kochać, żyć i zauważać jeden drugiego...

Wreszcie coś budującego, zastanawiam się tylko, czy wystarczy Bardzo Małych Wysp, kiedy przebudzi się większość i zwycięży u niej chęć „niebycia PROFESOREM”.

Należy jednak pamiętać, że z wysokości ekskluzywnych resortów świat wygląda inaczej niż z poziomu ulicy, wakacje to co innego a... każdy Raj ma również swoje Piekło.

Naiwnie spytam: - Co wolisz?