Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 marca 2012

7 días en La Habana - 7 dni w Hawanie

Jaki kolor ma Havana, jaki smak i zapach, co jest tam najważniejsze, co jest skarbem, z czego być dumnym, co wybierać.... To pytania, a film? Jaki jest? Najwybitniejsi reżyserzy świata latynoskiego i nie tylko byli w Hawanie w 2011 roku, żeby go stworzyć. Film jest podzielony na siedem epizodów. Energia Hawany jest czymś wyjątkowym, to miasto ma niesamowitą witalność i flow, który sprawia, że cały czas czujesz się jak pod wysokim napięciem. 
------------ 

Benicio del Toro drwi z filmowego embargo USA na Kubie

Z powodu plastyczności i jej uroku, portretowanie Hawany może wydawać się proste. Ale nic z tego. Jeśli ktoś nie jest zadowolony z zawsze poruszanych tematów i stara się wyjść poza estetykę starych amerykańskich samochodów, urok Mulatek i zrujnowane budynki, przeniknąć istotę tego wyjątkowego miasta, nie mówiąc już o jego ludziach, wtedy staje się to większym wyzwaniem. Wyzwaniem nie bez zawrotów głowy. W tych dniach spotyka się w Hawanie siedmiu twórców kina z o rozległym doświadczeniu, z różnych środowisk. Benicio del Toro, który debiutuje jako reżyser w tym zbiorowym projekcie, Francuz Laurent Cantet, Hiszpan Julio Medem, Argentyńczycy Pablo Trapero i Gaspar Noé, Palestyńczyk Elia Suleiman i Kubańczyk Juan Carlos Tabio, jedyny twórca z Wyspy zaproszony do udziału w filmie.
Wisienką na torcie jest serbski aktor i reżyser Emir Kusturica, gwiazda w jednym z siedmiu epizodów (15 minut każdy), w którym występują m.in. Kubańczycy Vladimir Cruz, Daisy Granados, Mirta Ibarra i Jorge Perugorria.
Najwyższej jakości zespół dla zbudowania siedmiu hawańskich historii - jedna na każdy dzień tygodnia. Trzy scenariusze napisane są przez kubańskiego pisarza Leonardo Padurę, również koordynatora wszystkich projektów. Muzyka Descemera Bueno i Kelvisa Ochoy to kolejna z atrakcji filmu Siedem dni w Hawanie, hiszpańsko-francuskiej produkcji Morena Films i Film House - której planowanie rozpoczęło się dwa lata temu i musiało pokonać sporo przeszkód. Nie tylko logistycznych, koordynacji wszystkich planów w tak złożonym projekcie jak ten; także problemów politycznych w przypadku Benecio del Toro, który z powodu ograniczeń embarga USA może tylko realizować „dokumenty”, a nie krótkie nowele, ponieważ nie jest  związany z płatnościami. Del Toro przybywał na wyspę tuzin razy, i został ściągnięty dokładnie do otworzenia  puszki z Siedmioma dniami w Hawanie.
Jego historia, Yuma *, jak nazywa się w slangu na Kubie cudzoziemców, jest oparta na scenariuszu Padury, zaczęła być kręcona w piątek na ruchliwych ulicach dzielnicy Vedado. Oczywiście, to niesamowite wśród przechodniów, aby to zobaczyć, że facet, który gestykulował, krzyczał i biegał w planie filmowym, to słynny aktor z Puerto Rico. „Nie mogłem wybrać lepszego miejsca, aby stanąć za kamerą", powiedział po przybyciu do Hawany. I, jak zapewniają aktorzy pod jego kierunkiem, wspaniale reżyseruje.
Yuma opowiada o przygodach amerykańskiego turysty (Josh Hutcherson), który przybył do Hawany i zatrzymał się w Hotel Nacional. Taksówkarz (Vladimir Cruz) „nagania” go i uczy w ciągu dnia nieoficjalnej Hawany; obaj kończą o świcie na pokazie transwestytów. Szaleństwo. Bohaterem drugiej noweli, Jam Session, napisanej przez Trapero, jest Kusturica. „To o nim samym. Jest to historia o reżyserze, który przyjeżdża odebrać nagrodę na Festiwalu Filmowym w Hawanie; jest w bardzo trudnym emocjonalnie momencie, a jego kierowca staje się jego powiernikiem i chusteczką do ocierania łez. Reżyser na koniec odkrywa, że taksówkarz jest niewiarygodnie utalentowanym muzykiem ..." - mówi Trapero.
Codzienna gazeta pisze, że „film pozwala uczyć się miasta mniej znanego, Hawany B, i realizuje to z różnych perspektyw, jednak zachowuje równowagę pomiędzy malowniczością i głębią, więc nie odczuwa się pocztówki.”
Tabio, który opowiada historię psycholog, robiącej cukierki na sprzedaż,  by przetrwać, i Cantet, który opowiada o przygotowaniach do szalonych urodzin córki Oshun, starali się, aby wyzwanie pt. Siedem dni w Hawanie dobrnęło do pomyślnego zakończenia.

* Yuma to określenie negatywne, do czego niechętnie przyznają się nawet sami Kubańczycy, ale prasa potwierdza, że to słowo w złym guście i dotyczy głównie, jeśli nie wyłącznie, Amerykanów. 
------------ 

7 días en La Habana

Film składa się z siemiu epizodów wyreżyserowanych przez siedmiu reżyserów
----------------
Dzień 1 / Monday / Lunes
El Yuma / Amerykanin 
reż. Benicio del Toro

Teddy Atkins jest młodym amerykańskim turystą, który jedzie do Hawany po raz pierwszy. Jego kierowca, kubański taksówkarz w średnim wieku z wyższym wykształceniem w zakresie inżynierii, zaoferuje mu turystyczną wycieczkę po mieście, która wcale nie będzie tradycyjna.

Występują: Josh Hutcherson, Vladimir Cruz, Daisy Granados, Othello Renzoli



Dzień 2 / Tuesday / Martes
Jam Session
reż. Pablo Trapero

Znany reżyser przybywa na Kubę, aby odebrać nagrodę. W tym samym czasie przeżywa osobisty kryzys emocjonalny, na który znajdzie radę i pomoc od nieoczekiwanego przyjaciela: jego kierowcy, kubańskiego
skromnego, miłego i rodzinnego faceta, który okaże się niesamowitym trębaczem.

Występują: Emir Kusturica, Alexander Abreu


  
Dzień 3 / Wednesday / Miércoles
La Tentación de Cecilia / Kuszenie Cecylii
reż. Julio Medem

Cecylia, kubańska wokalistka, jest rozdarta między przyjęciem oferty hiszpańskiego impresario wyjazdu do Hiszpanii, aby zrobić karierę, lub pozostania w Hawanie ze swoim chłopakiem Jose.

Występują: Daniel Brühl, Melvis Estévez, Leonardo Benitez



Dzień 4 / Thursday / Jueves
Diary of a Beginner / Pamiętnik nowicjusza
reż. Elia Suleiman

Bohaterem jest Palestyńczyk, mający przeprowadzić wywiad z prominentną postacią z Hawany. Włóczy się po Hawanie, czekając na umówione spotkanie. Stopniowo, jego myślenie dla zabicia czasu podczas oczekiwania na spotkanie staje się sprawdzianem jego tożsamości.

Występują: Elia Suleiman, Sebastian Barruso



Dzień 5  / Friday / Viernes
Ritual / Rytuał
reż. Gaspar Noé

Yamilslaidi, atrakcyjna afrokubańska uczennica zostaje zmuszona przez rodziców do poddania się rytuałowi oczyszczania. Rodzice są zdeterminowani, chcą za wszelką cenę uwolnić córkę od „przekleństwa” kobiecej miłości.

Występują: Othello Rensoli, Cristella Herrera, Dunia Matos



Dzień 6 / Saturday / Sabado
Dulce Amargo / Słodka gorycz
reż. Juan Carlos Tabió

Zanurzenie w jednym „normalnym” dniu z życia Mirty: mimo dwóch miejsc pracy, Mirta poświęca się robieniu cukierków w celu zaspokojenia potrzeb swojej rodziny.

Występują: Mirta Ibarra, Jorge Perugorrúa, Melvis Santa Estevez, Beatriz Dorta



Dzień 7 / Sunday - Domingo
La Fuente / Źródło
reż Laurent Cantet

Marta i jej sąsiedzi przygotowują ceremonię dla Oshun, która pojawiła się w snach Marty z prośbą o publiczne obchody na cześć jej imienia ... Tego samego wieczoru!

Występują: Natalia Amore, Othello Rensoli, Alexis Vidal 



Źródło informacji, wszystkich zdjęć i plakatów: http://www.7diasenlahabana.es/

czwartek, 1 marca 2012

Czarna miłość - białe dolary

projekt okładki: autorka
(oryginalna wygląda inaczej)

Film Laurenta Canteta z 2005 roku Vers le Sud albo Heading South albo Na południe przeszedł w Polsce kompletnie niezauważony. A to duży błąd.

Niemniej nie dziwi mnie to, ponieważ Karaiby są strasznie daleko. A nas tu w Europce nie interesuje to, co jest daleko. Ważne są problemy bliskie. To nie dziwi także.

Mnie film urzekł. Wolno mi poddawać się urokom, jeśli coś urok posiada.Tematyka „Na południe” jest w naszej szerokości geograficznej kontrowersyjna, poniekąd. Bo oto na Haiti spotykają się białe turystki w średnim wieku romansujące z młodymi chłopcami. Pisanie tutaj seksturystyka jest nie na miejscu, bo spłycamy temat li tylko do pojęcia transakcji. A ten film jest o sprawach o wiele ważniejszych.

Na przykład o kompletnym braku możliwości dla ludzi żyjących tam, którzy traktowani są serio tylko wtedy, kiedy służą. Podają do stołu, sprzątają z niego, ścielą łóżko, czy do niego wchodzą.  Ale to też nie wszystko.

Film jest cichy i bardzo intymny. Spowolniony. Sfrustrowane bohaterki są na wakacjach, ale chcą czegoś więcej. Jedne wiedzą dokładnie, jakie są  granice tego chcenia, inne nie mają o tym pojęcia, bo dopiero odkrywają swoje potrzeby.

Film pokazuje że zarówno te, które znają zasady i te, które je łamią, znajdują się w świecie, którego nie znają. Nic nie zależy od nich. Są jak liście palm, którymi kołysze wiatr. Mogą się poddać, albo... poddać. Bezsilne wobec narastającego dramatu, pomagają mu się jedynie zrealizować.

Możemy obserwować szczerą twarz czarnych niewolniczych służących, którzy myślą swoje, mimo że nigdy tego nie powiedzieli i nie powiedzą. Że nienawidzą białych. I chociaż muszą, albo dlatego że muszą im służyć, muszą też pamiętać tę nienawiść każdego dnia, bo jedynie ona chroni ich przed utratą resztek godności.

W tym plażowo morskim klimacie zagubieni chłopcy-kochankowie, którymi się stali nie wiadomo czy z wyboru, czy z braku innych opcji, są towarem. Można ich ocenić i wybrać odpowiedni egzemplarz. Potem wetknąć w kieszeń parę dolarów czy kupić dżinsy, koszulę, zegarek albo złoty łańcuch.

Bananowy k-raj, z bosymi dziećmi, gdzie policja nadal ma władzę absolutną, a matka chętnie odda córkę, jak zbyt ciężką walizkę komuś, kto ją rozpakuje i nie zniszczy zawartości, zatrważa. A że życie w hotelowych bungalowach różni się od tego w slumsach, nikogo przekonywać nie trzeba.

Granica pomiędzy życiem i śmiercią, ze sceny na scenę, staje się coraz cieńsza. Kamera hipnotycznie przybliża do tego, co nieuchronne. Już wiesz, że nie można uciec.

Iluzja, że można wyruszyć w podróż na kolejne rajskie wyspy, zostaja podszyta przeczuciem, że na szczęśliwe zakończenie nie ma jednak co liczyć.

Po tym, co się tutaj wydarzyło, na pewno nie.

Dla mnie ten film zawiera też pewne ogólne przesłanie, że są rzeczy, których po prostu nie wolno nam robić.

niedziela, 11 grudnia 2011

Musica cubana

„Cuando escucho a un gran tumbador como Armando Peraza, Mongo Santamaría, Francisco Aguabella, Tata Guines o Patato Valdés, no oigo las congas, oigo a la vida“. Carlos Santana

Musica cubana
Lubić czy nie lubić kubańską muzykę to tak, jakby wybierać lody i kręcić nosem, bo wolę czekoladowe niż owocowe. Lubienie kubańskiej muzyki nie ma nic do rzeczy, tę muzykę można czuć lub nie. Kto ją czuje, wie o czym mowa, jest też z tym czuciem prawdopodobnie szczęśliwy. Kto jej nie czuje, jego prywatna sprawa. Jej rozumienie czy analizowanie z punktu widzenia artystycznego nie ma nic do rzeczy. Ocenianie także nie. Zresztą sformułowanie kubańska muzyka jest pojęciem bardzo mylącym, zbyt wąskim lub zbyt szerokim i używanie go świadczy o nierozumieniu tematu.

Czym więc jest ta kubańska muzyka?
Odbiorca jest zawsze w tej komfortowej sytuacji, że jest odbiorcą. Nie tworzy i jego dzieło nie podlega ocenie. Sytuacja bardzo wygodna i prowadząca wielokroć do zachowań irracjonalnych. Potępić, zakładając czapkę niewidkę. Prawda, że genialny wynalazek? Zszargać. Powiedzieć, że twórca to prostak, a jego muzyka - jazgot. Będzie to świadczyło o nędzy umysłowej i uczuciowej mówiącego, bowiem nie widzieć bogactwa, nie doceniać różnorodności, odgradzać się, zamykać i izolować, to rzeczywiście nędza. Nie czuć i być głuchym, to nędza także.
Ale bądźmy sprawiedliwi. Nie każdy muzykę czuje, nie do każdego przemawia, bywa, że nie porywa. Nie każdy został tak szczodrze obdarowany, by ją rozumieć i by wzruszać się historiami, które opowiada. Możliwe, że po to, by tego doświadczyć, w ogóle trzeba mieć duszę. A Muzyka Kubańska to przecież dusza. Miłość, łańcuchy niewolników, plantacje tytoniu, modlitwa, pożądanie, czułość i łzy porzuconych kochanków. Wielkie tragedie czy małe radości, sól na ścianach domów, strach przed nieznanym, wspomnienie o tym, co zraniło serce i prośba o wolność. To muzyka, bez której nie można żyć. Tam bardziej niż tu.
Muzyka kubańska wywodzi się z rytmów niewolniczych, z bębnów, ale bęben to też nie wszystko. Są tambores, timbales, bongos, congas, bombos, tumbales, magiczne bata... Bęben to dla europejczyków słowo wyobrażające coś, co widywaliśmy w cyrku, albo na paradzie orkiestry strażackiej, może na  koncercie rockowym, na Kubie – wieloznaczeniowe.
W historii, bębny miały wiele funkcji m.in. komunikacji w niektórych cywilizacjach i religiach. W niektórych kulturach w Afryce Wschodniej symbolizowały władzę królewską, ich brzmienie posiadało nadprzyrodzoną moc ochrony przed złem, chorobą i wojną.

Bębny

Tambor - bęben, werbel. Tambores to instrumenty perkusyjne z grupy membranofonów. Mogą być ze stali, mosiądzu czy pustego drewna (drążonego lub wykonywane podobnie jak beczki z klepek). Mają zwykle kształt walca z dwoma membranami na każdym końcu i wydają dźwięki o różnych wysokościach w zależności od materiału tworzącego membranę i wielkości płyty rezonansowej. Jest to szeroko rozumiany perkusyjny instrument muzyczny o różnych formach, którego dźwięk jest wytwarzany przez drgania membrany.

Timbal – kocioł. Timbal, składa się z miedzianego lub brązowego kotła, na który naciągnięta jest pergaminowa membrana przymocowana za pomocą metalowej obręczy. Należy do rodziny tom-tomów (kotły, półkotły), jednak o znacznie wyższym dźwięku. Może mieć również kształt walca. Przypomina bęben mały (werbel). Trafiły do Europy podczas wypraw krzyżowych z Afryki Wschodniej.

Congas. Conga wytwarza się na podobieństwo beczek, z drewnianych listew. W konstrukcji conga możemy wyróżnić dwa główne elementy - korpus i naciąg (naturalna lub syntetyczna skóra, przymocowana metalową obręczą). Pełny zestaw congas to w kolejności od najmniejszego: Nino, Quinto, Conga i Tumba.

Bongos. Instrument składający się zawsze z dwóch na stałe połączonych ze sobą bębenków o jednakowej wysokości korpusu i różnych średnicach. Korpus bongosów w kształcie walca lub stożka ściętego wykonany jest z klepek drewnianych, z jednostronnie naciągniętą membranę ze skóry kozła (obecnie występują naciągi z innych skór lub syntetyczne). Wysokość korpusu wynosi od ok. 14 do 20 cm, średnica mniejszego bębenka 12–15 cm, większego 16–20 cm. Współczesne bongosy zaopatrzone są w metalową obręcz i śruby naciągowe, pozwalające na regulację napięcia membrany.

Bombo. Bombos to wiekie bębny około 70 cm średnicy i 40 cm wysokości. Złożone z cylindrycznej drewnianej skrzyni zamkniętej na końcach przez dwie membrany (ze skóry lub tworzywa sztucznego) umocowane przeciwstawnymi pierścieniami, którymi można dostosować napięcie. Uderzane pałkami z korka lub filcu o dźwięku wyjątkowo głębokim i mocnym.

Bata. Bębny religijne używane w obrzędach santerii. Święte bębny mają swoje tajemnice i rytuały konstrukcji. Jest ściśle określone, kto może ich dotknąć i w jaki sposób o nie dbać. Te bębny są traktowane jak istoty żywe, mają swoje imiona (Itoteles, Iya, Okonholo) i uczucia. Osoba nie uświęcona nie może ich dotykać, a żaden bata nie może dotykać podłogi. Przybyły z Nigerii wraz z niewolnikami Yoruba około 1820-1860 r. przetrwały do dzisiaj, co świadczy o ich sile i niewykluczone, że o świętości.

Na Kubie, maleńkiej, ukrytej pomiędzy morzami, urodziło się wielu geniuszy muzycznych i zapewniam, że nie mówię wyłącznie o Buena Vista Social Club, bo akurat ich świat dostał ich na tacy od Wima Wendersa. Zostali ocenieni różnie, według kryteriów gustu, wiedzy lub niewiedzy, braku wrażliwości albo jej nadmiaru czy koloru skóry. Chano Pozo, Bebo Valdes, Arturo Sandoval, Mario Bauza, Israel „Cachao” López, Ruben Gonzalez, Paquito d'Rivera, Chucho Valdes (syn Bebo), Ramón „Mongo” Santamaria, Miguelito Valdes, Miguelito Cuní, Felix Chapotín... To nazwiska największych, najbardziej znanych, ale ci wymienieni są tylko wierzchołkiem góry lodowej. Świetnie wykształceni, przeważnie w konserwatoriach, a jeśli nie, to znaczy, że żadne konserwatoria nie były im potrzebne...
Wyjaśniam w tym miejscu, że nie mogę siebie określić znawcą muzyki, ale powiedzmy dociekliwym kubanofilem. Pozycja to niełatwa. Trzeba się uczyć, uczyć i jeszcze raz uczyć. Poznawać, dostrzegać to, co można zaakceptować i to czego nie można, również wiedzieć, dlaczego i odczuwać empatię, ale przy okazji zachowywać zdrowy rozsądek. To ogromny wysiłek. Oczywiście nie wszystko mi się w Kubie podoba, nie wszystko rozumiem, ale ten zapomniany przez wszystkich kraj, wydał w dziedzinie muzyki ludzi, którym można tylko zazdrościć ich wrażliwości, talentów i jednocześnie dziękować, że pozostawili światu swoją muzykę.

„Chico y Rita”

                                 Kadr z filmu „Chico i Rita”
Cały ten post urodził się z dyskusji, jaka wynikła gdzieś w internecie o filmie „Chico i Rita”, kreskówce hiszpańskiej z 2010 r., produkcji Fernando Trueby i Javiera Marsicala ze studia Marsical, z muzyka m.in. Bebo Valdeza, określonej mianem dla dorosłych. Oceniono zresztą, że dla dorosłych, bo pokazano tam nagi tors mężczyzny, nagą kobietę i kilka pocałunków. Plus mnóstwo muzyki. Film został jednak niezrozumiany.
Zaczyna się od retrospekcji, podczas której stary już Chico, żyjący we współczesnej Hawanie jako pucybut, wspomina swoje życie. Spotykamy więc Chico i jego kumpla, kiedy doskonale bawią się z turystkami w nocnych klubach Hawany. Chico dostrzega Ritę, wokalistkę o niewykłej urodzie i aksamitnym głosie. Zasłuchany w niej zapomina o całym świecie i zakochuje się. To czasy na Kubie, kiedy z barów i klubów słychać jazz i rytmy karaibskie - salsę, rumbę czy merengue. Zakochani jednak nie mogą zrealizować uczucia. Chico ma dziewczynę, za którą co prawda nie przepada ale, tacy są mężczyzni... Rita, fordancerka w klubie dla białych mężczyzn, do których Kubańczycy nie mają wstępu, opuszcza więc ukochanego po temperamentnej kłótni i daje zielone światło bogatemu producentowi, który zabiera ją do USA obiecując karierę. Mówimy przecież o Hawanie lat 40., kiedy rządziła w niej amerykańska mafia, a Kubańczycy dzielili się na bogatych właścicieli fabryk i plantacji cygar, i czarnych, zawsze biednych, którzy co prawda na licznych konkursach tańca lub piosenki mogli coś wygrać (Chico i Rita wygrywają główną nagrodę w jednym z nich, otrzymują również angaż do ekskluzywnego hotelu), ale ich świetlana przyszłość zawsze pozostawała w związku z emigracją. Chico śni o swojej miłości i komponuje dla niej, ale wreszcie i on opuszcza Wyspę. W jednym z barów NY akurat gra Charlie Parker, są tam też wielki Dizzy Gillespie i Chano Pozo, legenda muzyki kubańskiej (dawny pucybut) i właśnie rodzi się be bop.  
Historia banalna, jakich wiele, ale z udziałem bardzo niebanalnych ludzi. I o tym należałoby pamiętać idąc na ten film. Mam nadzieję, że dociekliwi lub zainteresowani znajdą w nim sporo przyjemności, a wszystkim innym odradzam.
                  Rita Montaner                                              Chano Pozo
Muzyka kubańska od połowy lat 40. miała znaczny wpływ na rozwój jazzu w USA. Mieszanie rytmów ich łączenie, przenikanie i integracja to swoisty powrót jazzu do korzeni, ale jednocześnie zrewolucjonizowanie tego gatunku. A wszystko dlatego, że Kuba spotkała się z Afryką i jazzem w Nowym Yorku. Z tego właśnie zrodziła się niezwykła perfekcja, mająca swój początek w geniuszu Chano Pozo, o którym mówi się, iż był ojcem latynoamerykańskiego jazzu, czy giganta trąbki Dizzy Gillespie’ego i wielu innych. To wbrew pozorom nie Chano uczył się od ówczesnych sław. Gdyby nie to spotkanie, ta muzyczna integracja, która zaowocowała najbardziej spektakularnym wynikiem w dziejach współczesnej muzyki, mogłaby się nie zdarzyć, a brzmienia zachodnioafrykańskich bębnów i  muzyki rytualnej zostałyby zapomniane. Dlatego legenda Chano Pozo jest tak wielka, szkoda, że znana nielicznym.

Chano

               Chano Pozo, NY 1948
Luciano Pozo Gonzales, lepiej znany jako Chano Pozo, urodził się w Hawanie 7 stycznia 1915 roku. Kubański perkusista i trębacz. Był synem Cecelio Gonzaleza, pucybuta, i Carnación Pozo. Miał trzy siostry i starszego brata. Matka Chano zmarła, gdy miał 11 lat, a jego ojciec postanowił wtedy ożenić się ze swoją dawną miłością, Natalią, matką Felixa Chapotína (trębacz i jeden z wielkich soneros Kuby), stąd mówi się czasami, że obaj muzycy byli braćmi.
Był ulicznikiem, pucybutem, drobnym przestępcą. Rzucił szkołę po trzeciej klasie, zdobywając na ulicy  reputację awanturnika i twardego faceta. Bardzo wcześnie zaczął grać na kongach podczas afrokubańskich ceremonii religijnych i robił to perfekcyjnie.
Był jak na swój wiek dobrze rozwinięty fizycznie i bardzo silny. Całe dnie spędzał, grając na kongach i innych bębnach, pijąc i popełniając drobne przestępstwa. Dzięki ostatniemu z nich wylądował w wieku 13 lat w poprawczaku w Guanajay. Nie ma oficjalnych dokumentów dotyczących tego przestępstwa, za które został skazany, choć wiadomo, że na jego koncie jest m.in. spowodowanie przypadkowej śmierci turystów zagranicznych, są kradzieże, napaści i najmniej przestępcze - wagarowanie. W domu poprawczym nauczył się czytać i pisać, naprawiać samochody, szlifował również swoje wyjątkowe umiejętności gry na różnych bębnach.
W tym czasie stał się też zagorzałym wyznawcą Santerii, znanej również jako La Regla de Lukumi, afrokubańskiej religii synkretycznej, mającej korzenie na ziemiach Yoruba w Nigerii, która jest mieszanką wierzeń afrykańskich i katolicyzmu. W tych czasach bóstwa Yoruba były utożsamiane z katolickimi, aby oszukać właścicieli niewolników, jak i hiszpańskich kolonizatorów, którzy zakazywali Afrykańczykom swoich praktyk religijnych. Był członkiem tajnej społeczności Abakuá Society. Chano obiecał wierność katolickiej świętej Barbarze, symbolizującej Chango, boga ognia i piorunów, który stał się osobistym Orisha Chano Pozo. To na jego cześć i znak lojalności nosił zawsze swój słynny czerwony szalik.
Po uwolnieniu z Guanajay Chano powrócił do domu ojca w Hawanie. Cecelio przekonał go, by zacząl pracować jako pucybut, ale praca tego rodzaju, biorąc pod uwagę jego temperament, nie dawała mu satysfakcji i zrezygnował z niej po niecałym roku. W 1929 roku zaczął sprzedawać gazety. Jego silny charakter i sukcesy w tej branży zwróciły uwagę właściciela gazety, wpływowego biznesmena  Alfredo Suareza, który zatrudnił Chano jako swojego osobistego kierowcę i ochroniarza. Chano miał też podobno pełnić u Suareza obowiązki komornika czy, jak to określano, „łamacza nóg”. Swój wolny czas poświęcał na taniec, śpiew, walki, pogoń za kobietami i perkusję. Zaczął też komponować.
Jego reputacja z każdym dniem wyprzedzała jego nazwisko. Stał się sławny z powodu swoich utworów pisanych na karnawał dla comparsas (coś w stylu jam clubu - grupa ludzi uczestniczących w karnawale lub innych świętach jako muzycy-akompaniatorzy). W ciągu zaledwie kilku lat Pozo był najbardziej znanym i poszukiwanym rumbero na Kubie (por. conguero - osoba, która gra na kongach, wykorzystywanych zarówno jako instrument religijny, ale będących głównym instrumentem rumby), ale też jednym z najbardziej utalentowanych, o którego usługi walczyły lokalne comparsas, wygrywającym niemal regularnie nagrody pieniężne za swoje kompozycje. Jego pozycja rumbero była wówczas podniesiona do prawie mitycznych proporcji, a jego comparsa odnosiła niezwykłe sukcesy, co sprawiło że dla biednych ludzi w Hawanie stał się bohaterem legendarnym. Pozo i kilku jego kolegów muzyków napisali kompozycję, która przyniosła im pierwsze miejsce podczas karnawału w Santiago de Cuba w 1940 roku, „La Comparsa de los DANDYS", uznaną  za standard wielu karnawałów Ameryki Łacińskiej.
Kuba była w tym czasie popularnym krajem turystycznym dla bogatych Amerykanów i Europejczyków, ale czarni nie mieli tam większych szans na wybicie się. Miało to związek z zakazem pracy w wielu miejscach i na wielu stanowiskach przeznaczonych tylko dla białych. Chano doświadczał dyskryminacji rasowej na Kubie od dziecka, ale postanowił przełamać barierę koloru skóry. Zaczął szukać muzyków, którzy mogliby mu pomóc w dostaniu się na przesłuchanie. Dotarł do stacji radiowej Cadena Azul, nadającej popularne nagrania i kubańską muzykę folk. Zaprzyjaźnił się wieloma muzykami, którzy tam pracowali, ale mimo, że był podziwiany za ogromny talent, kolor jego skóry wyznaczał mu miejsce w szeregu. Nie rezygnował jednak i nadal szukał jakiejkolwiek możlwiości wybicia się. Znalazł ją w osobie Armando Trinidada, właściciela Cadena Azul. Armando przekonał go, by dla niego pracował, choć tylko jako bramkarz w Cadena Azul. Wkróce jednak Chano zaczął pracować w Casino Havana jako perkusista. Poznał tam Ritę Montaner, wielką kubańską gwiazdę, z którą, jak głosi plotka, połączył go płomienny romans.
Zaczął dużo zarabiać i charakterystycznie się ubierać. Znany był z nieskazitelnie białego garnituru, kapelusza typu Fedora Borsalino, drogich eleganckich butów. Na jego piersi widoczny był masywny złoty medalion wysadzany rubinami z podobizną Świętej Barbary-Chango. Kobiety mówią, że był piękny. W swoim scenicznym, również białym, fraku i białym cylindrze wyglądał imponująco. Ten kolor ubioru na Kubie nie oznacza kaprysu czy złego smaku, nie jest także noszony z przyczyn klimatycznych. Biały kolor oznacza santo, człowieka rytualnie uświęconego.
Wkrótce Chano wyjechał do Stanów i został zaproszony do współpracy przez takie sławy jak jak Charlie Parker czy Dizzy Gillespie, odbył również tournee po Europie. Jego porywczy charakter sprawił, że 3 grudnia 1948 roku został zastrzelony w awanturze o narkotyki w Harlemie, w Rio Cafe przy Lenox i 111.

Dla rozwiania wątpliwości i po odpowiedzi na ewentualne pytania zapraszam do google, które ich udzielą, jednak... nie nauczą wrażliwości.

Zdjęcia: Internet

piątek, 18 listopada 2011

Iracki Matrix - The Devil's Double

The Devil's Double, reż. Lee Tamahori, 2011, fot. Internet
Uday - najstarszy syn Saddama Husseina - miałby dzisiaj 47 lat, gdyby żył...
sadysta, psychopata, mizogin ze skłonnościami homoseksualnymi, skrajnie brutalny i całkowicie obłąkany; powinien być odizolowany, trzymany w lochach i pasach albo klatce o chlebie i wodzie, a najlepiej gdyby zaraz po urodzeniu ktoś przepowiedział mu przyszłość i zła wróżka litościwie zamieniła w kamień;
czy można, patrząc na jego wyczyny być miłosiernym, odpuszczać, wybaczać, leczyć? w każdym razie starać się nie myśleć źle, bo to przecież też człowiek? mnie się nie udało;
to że posiadał to, co chciał, nie jest ważne; nie chodzi o samochody, gazety, stacje telewizyjne, drogie meble, garnitury, buty, zegarki... to akurat mógł posiadać; najgorsze, że posiadał niestety władzę absolutną; w jego chorym,  niemęskim umyśle ta władza sprawiła, że stał się nie do zatrzymania;
gwałcił kobiety, torturował mężczyzn, podrzynał gardła, strzelał do ludzi jak do kaczek; brał do łóżka tę, której mu się zachciało, przypadkiem i bez namysłu - dziewczynę w szkolnym mundurku prosto z ulicy lub pannę młodą w dniu ślubu; bez różnicy... nikt nie był w stanie się przed nim ukryć; nikt nie miał wyboru...
Scena z filmu The Devil's Double, fot. Internet
jeśli w oficjalnych źródłach oskarża się go o kilkanaście morderstw, wyobrażam sobie, ile musiało ich być naprawdę; właściwie można go zakwalifikować jako seryjnego mordercę - Kuba Rozpruwacz z Bagdadu; jak miło, że ktoś go wreszcie zutylizował; mam taką nadzieję, bo w naszym dysfunkcyjnym świecie niczego nie można być pewnym; chciałabym mieć pewność, że został starty na proch i nie wróci na ziemię w jakimkolwiek wcieleniu, że nie plącze się po egzotycznych wyspach ze zoperowaną twarzą;
odbezpieczony granat, mina przeciwpiechotna, bomba pułapka, Idi Amin i Jean Bedel Bokassa to przy nim dziecinne zabawki; 
Dominic Cooper, odtwórca postaci Udaya i Latifa, zagrał swoje role genialnie!
Scena z filmu The Devil's Double, fot. Internet

wtorek, 1 listopada 2011

Świat przyszłości?

versión español del texto en la parte final del post
Jak się okazuje to, co w przeszłości jest science fiction, po jakimś czasie zwykle zaczyna być realną rzeczywistością. I nie wiadomo, czemu lub komu mamy to zawdzięczać, lub przeciw komu lub czemu powinniśmy wznosić o pomstę do nieba. No bo przeciez nie są winni pisarze, rysownicy komiksów, scenarzyści i reżyserzy, którzy tworzą dzieła wyprzedzające aktualny rok pański. Exemplum George Orwell, który już dawno temu miał świadomość, jak będziemy żyć dzisiaj. Czy np. „policja myśli” w formie wszechwidzącego Wielkiego Brata lub innych formach nie jest przypadkiem realna? W filmach i powieściach nurtu sf świat przyszłości z jednej strony jest sterylny i jasny, do przesady ułożony, ze społeczeństwem po prawidłowej stronie, które nie zadając pytań pracuje i akceptuje, z drugiej zaś rdza zżera wszelką technikę, brakuje wody lub benzyny a życie toczy się w brudnych slumsach, gdzie króluje przemoc i zmutowane indywidua. Innej ścieżki nie zauważyłam. Należysz albo do jednych albo do drugich. Pośrodku tych tworów zwykle stoi bohater, który za wszelką cenę dąży do dobra i ratuje... świat. Schemat. Czy już żyjemy w Librii? Czy dostajemy jakieś prozium? Czy nasze bezpieczne urządzenia codziennego użytku i kanały informacyjne są przeznaczone tylko do tego, do czego je stworzono o do czego ich używamy? Wiem, wiem, można popaść w paranoję, ale... jak powiedział  William S. Borrougs, „Paranoja to znajomość wszystkich faktów”. Oczywiście przesadził, bo wszystkich znać nie sposób, niemniej znajomość więcej niż przeciętna nieźle może mieszać w światopoglądzie.
Jaki więc będzie świat powiedzmy za 30 lat?. Ponieważ mam nadzieję dożyć, jakoś jeszcze mnie to obchodzi. Z prognoz, wizji, książek, filmów i innych źródeł wynika, że jest mocno zagrożony. Może nie będzie go w ogóle, może wytną wszystkie drzewa (co jest bliskie) i zapanuje krajobraz industrialny, a palmy i morze będą wyświetlać na billboardach z propozycją wykupienia wczasów w raju, który... nie istnieje („Wyspa”, The Island, 2005, reż. Michael Bay). Nie wiadomo. W tej perspektywie dobrze, że mam przeszłość, że w każdej chwili będę mogła zamknąć oczy i zobaczyć w wyobraźni to, co już nie istnieje. Chociaż monumentalne wysypiska śmieci, złomowiska i fabryki niewiadomoczego to pejzaż mało pożądany. Już dzisiaj istnieje namiastka „Wyspy”, „Equilibrium”, „Truman Show”, „1984”, „Raportu mniejszości”, „Łowcy androidów”, „Matrixa”, „Immortel”, „Aeon Flux”, „Mad Maxa”, „Pamięci absolutnej”, „Księgi ocalenia”. W każdym z tych filmów istnieje jakaś cząstka złego, niechcianego i niepewnego świata przyszłości, zrobotyzowanego, zimnego, ogarniętego walką, paniką, podziałami, brakami, pustką.... Czy aby na pewno tylko przyszłości? Wystarczy się dobrze przyjrzeć, by wątpliwości zaczęły się pomału rozwiewać... W każdym razie prognozy nie są różowe :) a scenariusze, jak każda bajka, zawierają ziarnko prawdy.
The Island, świat nie istniejący, fot. internet / mundo inexistente

Truman Show, świat narysowany, fot. internet / El Show de Truman, mundo dibujado

Minority Report, świat bez zbrodni?, fot. internet / mundo sin delito?
 Matrix, świat zaprogramowany, fot. internet / mundo programado
Łowca androidów, świat zmutowany, fot. internet / Blade Runner, mundo de los mutanes
 Księga ocalenia, świat opuszczony, fot. internet / The Book of Eli, mundo abandonado
Immortel, świat zahibernowany, fot. internet / mundo que es hibernado
1984, świat... bez komentarza, fot. internet / mundo... sin comentario

Pues resulta que, lo que en el pasado es ciencia ficción, después de algún tiempo empieza a ser una realidad viable. Y no sabemos o qué, o quién debemos dar gracias por esto, o contra qué debemos ascender al cielo por venganza. Quiero decir, que no son culpables de los escritores, dibujantes cómicos, escritores y directores que crean las obras las cuales preceden de la hora actual. Por ejemplo de George Orwell lo cual hace mucho tiempo se dió cuenta, como que viviremos hoy en día. Es decir, la „policía del pensamiento" en la forma omnipotente Hermano Mayor o otras formas no es real? Nuestro mundo del futuro, en las películas y novelas de ciencia ficción, por un lado es estéril y brillante, demasiado arreglado, con la sociedad que no haciendo preguntas la cual funciona correctamente y acepta todo pero por otra parte el óxido destruye toda la tecnología, la falta de agua o gasolina y la vida sigue en los barrios marginales, donde reina la violencia y los individuos mutantes. Pertenecemos a uno u otro. En medio de estas formaciones suele ser el héroe, que a toda costa trata de hacer el bien y salvar ... el mundo. Esquemática. Ya vivimos en Libria? ¿Ya puede recibimos prozium? ¿Nuestros dispositivos técnicos y canales de información son seguros? Son destinados y creados sólo porque utilizarlos como se pretenden? Por ejemplo, como los teléfonos móviles modernos que pueden hacer todo, y no saben sólo cómo atar un lazo.Ya sé, que puede caer en la paranoia, pero ... de acuerdo con William S. Borrougs, „La paranoia es un conocimiento de todos los hechos". Por supuesto, exagerado, ya que no podemos saben todos los hechos, pero el conocimiento encima de la media puede mezclar en nuestra visión del mundo. ¿Cual será el mundo desde hace treinta años?. Espero a sobrevivir, y lo me interesa mucho. Aunque las predicciones, las visiones, libros, películas y otras fuentes sugieren que existe altamente amenazado. Es posible que nuestro mundo genial no existiré. Pueden cortar todos los árboles (que es muy cerca) y veremos solo el paisaje industrial; las palmeras y el mar nos muestran en las carteleras con una propuesta de compra de vacaciones en el paraíso, que ... no existe („La Isla", 2005, dir. Michael Bay). Nadie lo sabe. En esta perspectiva, es bueno, que yo tengo el pasado y que en cualquier momento puedo cerrar mis ojos para ver lo que ya no existe en la imaginación. Los rellenos sanitarios de basura monumental, depósito de chatarra y las plantas industriales como de peliculas de terror no son los paisajes muy atractivos. Ya en la actualidad hay un pedazo este mundo del futuro en las peliculas como:  „La Isla", „Equilibrium", „El Show de Truman", "1984", „Minority Report", „Blade Runner", „The Matrix", „Immortel", „Aeon Flux", „Mad Max", „Total Recall", „Book of Eli ". En cada una de estas películas  es un pedazo de este mundo malo, lo cual no deseamos; el mundo robótico, frío, luchando, en el pánico; que es dividido, donde no hay nada, y es terriblemente vacío .... ¿Estás seguro de que sólo el futuro? Sólo basta un buen vistazo para dispersar a las dudas ... En cualquier caso, las previsiones no son halagüeñas :) y los escenarios, como todo cuento de hadas, contienen un grano de verdad.

środa, 27 lipca 2011

Czarna Wenus

Saartjie Baartman znana jako Hotentot Venus
Temat potworności jako motyw artystyczny pojawia się w sztuce już na przełomie XV i XVI w. wraz z obrazami Boscha, pełnymi zdeformowanych ludzkich ciał i okropności spotykających ich tu, na ziemi, a także po śmierci. Kino również nie unika zniekształceń. Już w 1932 roku Tod Browning, który pracował przez jakiś czas w cyrku, realizuje Dziwolągi, film przez wiele lat zakazany w niektórych krajach. Opowieść o trupie cyrkowej (człowiek bez nóg, hermafrodyta, dwóch syjamskich bliźniaków, do obsady dołącza też Kleopatra, piękna akrobatka, która obiecuje wyjść za karła). Inne przykłady tego nurtu w kinie to Święta krew Alejandro Jodorowsky'ego, Zagadka Kaspara Hausera Wernera Herzoga czy słynny Człowiek słoń Davida Lyncha.

W swoim czwartym filmie (Wina Woltera 2000, Unik 2003, Tajemnica ziarna 2007), Abdellatif Kechiche, pozostawia aktualne problemy, aby w Vénus Noire, zapuścić się do mrocznej historii XIX wieku. Film jest oparty na biografii Saartjie Baartman i stanowi jedną z najczarniejszych kart historii współczesnej cywilizacji europejskiej.
Saartjie opuszcza rodzinną Afrykę ze swoim właścicielem, Caezarem i rozpoczyna karierę dziwadła pokazywanego ówczesnej gawiedzi na scenie londyńskiego "teatru" jako Hotentot Venus. Sukces jest natychmiastowy, ale wśród części brytyjskiego społeczeństwa, które uważa takie upokarzające występy za atak na wolność i godność tej kobiety, wybucha również skandal. Sprawa znajduje swój finał w sądzie. Po procesie Saartjie wraz z szefem i grupą artystyczną przenosi się do Paryża. Nadal występuje. Tym razem, dzięki nieszczęśliwemu zbiegowi okoliczności poznaje diabolicznego Réaux (znakomita rola Oliviera Gourmeta), a pokazy, za zamkniętymi drzwiami prywatnych domów francuskiej arystokracji, nabierają charakteru prywatnego i dekadenckiego. Saartje jest przedmiotem, który przynosi zysk, nikogo nie interesują jej emocje i uczucia, alkoholizm i zapadanie się. W kraju, przenikniętym duchem współczesnej nauki, jest również obiektem badań dla Królewskiej Akademii Medycznej, która po jej śmierci, otrzymawszy ciało kobiety, poddaje je analizom i badaniom, by eksponować je później w Muzeum Człowieka w Paryżu.

Sceny z filmu
Film trwa niemal trzy godziny, ale czas płynie łagodnie, widz nie odczuwa znużenia. Genialny montaż, kreacje aktorów, wspomnianego Olivera Gourmeta, kubańskiej aktorki Yahimy Torres w roli Saartje, czy Andre Jacobsa jako Hendricka Caezara. Widz ma wrażenie, że uczestniczy w szaleńtwie, które nie przewiduje happy endu. Delirium, które da się odczuć w scenach pokazów, wywołuje gwałtowny sprzeciw. Łzy Saartje są prawdziwe, jej dzikość to próba manipulacji tłumkiem ciekawskich i jak zwykle chodzi tylko o chleb i igrzyska, a człowiek wart jest tyle, ile można na nim zarobić. Nieludzka kolonialna twarz jest uszminkowana, postacie ściśnięte gorsetem o szyjach unieruchomionych modnymi kołnierzykami, oczy rozbiegane i łakome, a ręce wyciągające się do ciała Saartje, każdym dotknięciem zatrzymują bicie jej czarnego serca.
Venus Noire nie jest przestrogą dla współczesnych, tylko przypomnieniem faktów i próbą osadzenia w naszej świadomości pytania, na ile nie potrafimy być człowiekiem i dlaczego. Pytanie to w świetle innych faktów historycznych i współczesnych prasowych doniesień, zawsze jednak pozostanie bez odpowiedzi.
Abdel Kechiche, aktor, reżyser, scenarzysta urodzony w Tunezji,
wielokrotnie nagradzany i nominowany - zdobył 6 Cezarów.

sobota, 7 maja 2011

Cafundó

- Donde vas? - Muy lejano. - Esto esta más lejos que el Cafundó!



Jedno z najbardziej popularnych wyrażeń w Brazylii to "Dalej niż w Cafundó", w odniesieniu do fizycznej odległości bardzo odległych miejsc. "Cafundó" według słownika to miejsce pustynne, odległe, niedostępne i niemal zawsze w górach. W języku potocznym jest używane na co dzień, ale pochodzenie terminu sięga czasów kolonialnych w  Brazylii, dwadzieścia dwa lata przed końcem niewolnictwa, zanim wprowadzono ustawę "La Ley Áurea" z 1888 r. o jego zniesieniu. Właściciel ziemski  Joaquim Manoel de Oliveira uwolnił wtedy piętnastu niewolników, którym podarował gospodarstwo z zastrzeżeniem, że mają je uprawiać. Tak powstała wioska w stanie Sao Paulo zwana Cafundó, która dziś jest dzielnicą Salto de Pirapora, 150 km od  Sao Paulo. Cafundó dzień po dniu kultywowało swoje afrykańskie zwyczaje: afroamerykańską religię (candomblé), tradycyjne metody leczenia, budowę domów, gotowanie na ogniu, hodowlę kur i świń, sadzenie kukurydzy i fasoli, język. Społeczność Cafundó posługuje się językiem cupópia, kreolskim, opartym leksykalnie na bantu.
Film jest oparty na historii życia byłego czarnego niewolnika Joao de Camargo (1858-1942) z Sorocaba w Brazylii.

Madame Satá

To z kolei brazylijski film z gwiazdą tamtejszego kina Lázaro Ramosem. O, to jest niewątpliwie gwiazda. Aktor tak oszczędny, że wystarczy jedno drgnienie jego policzka... Po kinie amerykanofilskim niezwykle intrygująca odmiana; przecież nie mówię, że tam nie ma dobrych aktorów, są, ale bardzo zmęczeni zarabianiem kupy dolarów, a to i tak niewiele warte

 




Madame Sata... - trzeba zobaczyć