niedziela, 24 stycznia 2010

codzienność


codzienność hawany to niezliczone przeciwieństwa bez końca. życie koncentruje się na ulicy. gdyby w hawanie w ogóle nie było domów, wszystko wyglądałoby jak zwykle.... zresztą brak domów jest bliski, po ike'u sporo się zawaliło, nie można sobie pozwolić na odbudowywanie czy remonty, nie ma czym, choćby chęć do tego była jak najlepsza. więc ulica to dom i szkoła, dla wielu praca. hawańczycy są dalecy od przedstawianego w mediach mitu ludzi uśmiechniętych i zadowolonych, którzy marzą o słońcu, spacerach brzegiem morza i tańcu. to ludzie dość smutni, zadumani... pochłonięci własnymi myślami. słońce, o którym marzę w dwudziestostopniowy mróz, mają na co dzień, morze, którego mnie, góralce niskopiennej, tak bardzo brakuje, niszczy rokrocznie ich życie, pochłaniając rzeczy i w dalszym ciągu ludzi, salsa, tak egzotyczna i radosna dla mnie, jest produktem, który można sprzedać... a 98-procentowa wilgotność powietrza i pora deszczowa od listopada do marca, kiedy nie ma się w co ubrać i zmarznięty przemyka ulicami, nie jest pożądana przez kogokolwiek. zresztą co tam wiatr czy cyklon, najgorszy jest brak nadziei. spotkani tu ludzie są życzliwi i przyjacielscy, na pytanie o samopoczucie zwykle odpowiadają, że czują się dobrze i są szczęśliwi. można w to wątpić lub nie...

list

witaj przyjaciółko
jesteś jak ja, jestem jak ty...
jak skrzypce bez strun, gitara bez gryfu jak ciało w gorącze, zapach kwiatów w ogrodzie i uryny w ulicznym rynsztoku, z sercem nagim, pod rajską palmą, uwięziona
aj, paloma, zagraj mi na trąbce, weź za rękę, jeśli nie można dalej iść, trzeba skoczyć
łzy
wzrusza mnie poparzony pies; przecież to nieprawda, poparzony pies wywołuje we mnie wściekły ryk; muszę wykrzyczeć to poparzenie, pewnej niedzieli na ulicy w havanie; żywy organizm, ledwie oddycha; wzruszać mogą małe kotki na urodzinowej pocztówce, którą przysłała mi gerda; ach, gerda i jej kocia miłość; nie, to mnie nie wzrusza;
więc dlaczego płaczesz, kiedy patrzę ci w oczy?
bo widzisz, jesteś kawałkiem poparzonej mnie;
czuję jak słońce pali strupy, jak śmierdzi zaropiała rana, jak drażnią pchły i głód, jak nadchodzi obłęd... nie oczekuję niczego chcę tylko wyć; w pustą przestrzeń przed nami, rozedrzeć dźwiękiem eleganckie frazy konwencji, roztrzaskać chiński mur, zatopić titanica;
nie obchodzą mnie kursy walut, nie obchodzą mnie rewolucje, tylko twoje oczy i krew z twoich łap;
powoli zbieramy się do odjazdu, sztorm przybiera na sile. w tydzień po naszym wyjeździe Ike zmiecie prawie jedną trzecią Wyspy do morza. 195 km/godz., trójka w pięciostopniowej skali Saffira-Simsona.

havana


Ponad dwumilionowa stolica Kuby, to wiadomo, Wikipedia udostępnia też inne podstawowe informacje. Dla mnie jednak nie to jest najważniejsze. Kiedy zamykam oczy i wracam na jej ulice, czuję dotyk skrzydeł motyla na policzku. W uszach brzmi też jej koncert. Nieustanny szum miasta podsycany przez szum morza i chlupot fal rozbijających się o Malecon. Ukradła mi serce. W jakiejkolwiek chwili szukam odpowiedzi na pytanie dlaczego, nie znajduję. Bo dlaczego nie Rzym, Paryż, Wiedeń.... Tylko królowa Karaibów, La Habana? Zainteresowała mnie sobą od pierwszego spojrzenia, jej dźwięczna nazwa i miłość jaką obdarzają ją mieszkańcy, jej oddech i bicie jej serca. Którejś niedzieli po południu postawiłam stopę na jej ulicach i.... poczułam, że jestem w domu. Mały Kolumb na nieznanym lądzie. Tylko ja wiem, że się nie pomyliłam.
Zmusiła mnie w ciągu ostatnich dwóch lat do wielu dziwnych rzeczy.... Zresztą to "zmuszenie" nie jest wcale nieprzyjemne. Od tamtej chwili żyję nieustannie śniąc o niej i rozmawiając jakby była najwierniejszą przyjaciółką. Nie ma dla mnie żadnej konkurencji, nie istnieje inna taka jak ona, żadna nie jest tak piękna i tak mądra. To nic, że nie rozumiem jeszcze wszystkiego, co do mnie mówi, wiem, że się nauczę, nauczę się jej słuchać i rozumieć. Chciałabym ją ocalić.... Może zresztą moja pomoc jest zbędna, silne kobiety jej nie potrzebują to one są światłem, przed którym ucieka mrok.
Już niebawem się spotkamy....

niedziela, 17 stycznia 2010

wierzenia

Santeria wywodzi się z tradycyjnych wierzeń plemienia Yoruba. Jej nazwa pochodzi od słowa 'santo' - święty. Poza Brazylią, w której występuje kult zwany Candomble, istnieje jedynie na Kubie. Największymi ośrodkami santerii są Hawana, Matanzas i Santiago. W Hawanie skupia się głównie w dzielnicach Regla, Lawton, Guanabacoa i Marianao. Opiera się na wierze w jednego boga Olofi, którego upostaciowaną formą są Orishas czczeni tu na ziemi. Istnieje wielu Orishas, odpowiedzialnych za różne przejawy natury i dziedziny życia. Santeria nie posiada żadnych budynków, świątyń czy kapliczek, wszystkie obrzędy odbywają się w domach. Jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, towarzyszą jej wróżbiarstwo i magia. Zajmuje się tym babalawo – szaman, pośrednik w kontaktach z Orishas, który działa w imieniu Orisha Orula, boga odpowiedzialnego za przepowiednie.
Uroczystości Santerii odbywają się z wielu powodów, może to być przyjęcie nowego członka do społeczności santeros, nadanie patronatu Orisha, przyjęcie święceń, dni Orisha. W miejscu ceremonii buduje się ołtarz, gdzie składane są dary. Podczas tańca i śpiewów, które są jednym ze sposobów oddawania czci Orishas, przy dźwiękach poświęconych bata (charakterystyczny dwumembranowy bęben) osoby biorące udział w spotkaniu niejednokrotnie wpadają w trans, który traktowany jest jako stan błogosławiony. Santeros wierzą, że we wnętrzach bata zamieszkuje przejaw boskiej energii.
W santerii istnieje wiele symboli, tancerze wykonują określone gesty, ich mimika związana jest z Orisha, którego przedstawiają, podobnie kolory i krój strojów, atrybuty bóstwa, jak również pantomima, którą wyrażają mitologię danego Orisha.
Każdego roku 817-osobowa Rada Kapłanów Starszych Yoruba odczytuje, zgodnie z wielowiekową tradycją, Pismo Ifa, zawierające przepowiednie i zalecenia na dany rok. Jest to przekazywany z pokolenia na pokolenie niezwykle zawiły system interpretacji znaków i symboli, spisany w Świętej Księdze Ifa, zwanej też Dziełem Oddun.


Elegguá
Odpowiedzialny za początek i koniec, jest pośrednikiem, umożliwiającym komunikację z innymi Orishas, zaliczany jest do wojowników, przedstawiany jako dziecko w biało-czarnym lub czerwnono-czarnym ubraniu i słomkowym kapeluszu z zakrzywionym patykiem o nazwie garabato.

Oggún
Pan gór, metalu i kowalstwa. Ubrany w przepaskę z liści palmowych, z maczetą w kolorystyce zielono-czarnej

Ochosi
Pan lasu i łowiectwa, nie przypisuje mu się konkretnych kolorów, występuje z łukiem i strzałami porusza się konno.

Ochún
Władczyni słodkiej wody bogini słodyczy, piękna, miłości i pieniędzy. Jej kolorem jest złoty lub żółty, atrybuty to lustro, wachlarz lub dzban miodu.

Yemayá
Władczyni mórz i oceanów, symbolizują ją kolory niebieski i biały, przypisano jej liczbę siedem.

Changó
Najsilniejszy wśród Orishas, pan ognia i burzy, władca piorunów, bębnów, muzyki i zabawy, uosabia męską atrakcyjność i siłę, odpowiadaja mu kolory - czerwony i biały oraz miecz i dwustronny topór.

Oyá
Władczyni wiatru zamieszkująca cmentarze, nie jest jednak boginią zmarłych, trzyma w dłoni ciemny koński ogon - iruke, a symboliczne kolory to zestawienie białego, pomarańczowego, czerwonego, niebieskiego i zielonego lub jedynie kolor liliowy czy karmelowy.

Babalu Ayé
Odpowiedzialny za wszelkie choroby i chorych, uzdrawianie, często nazywany San Lazaro, przedstawiany jako schorowany starzec o kulach z trzcinową miotełką, która oczyszcza chorych.

Obatalá
Jeden z najważniejszych Orishas, przyjmuje się, że jest stwórcą ludzi i wszystkich Orishas, a santeros nazywają go władcą głów, czasem jest kobietą, czasem mężczyzną, ubrany na biało, spokojny i poważny z białym końskim ogonem - iruke.

Osaín
Włada kolorami i mocą ziół, bez lewej nogi i prawego ramienia, z jednym uchem większym, dzięki czemu wszystko słyszy, przypisano mu tęczowe kolory.

Los Ibeyis
To para bliźniąt, złączonych pępowiną, są opiekunami dzieci, odpowiadają za szczęście i fortunę, uważani za patronów hazardu.

Orula
Odpowiedzialny za wróżby i przepowiednie, w zestawieniu żółtego i zielonego.


Romeo


naprawdę nazywa się Aditya "Romeo" Dev, ma 21 lat i mieszka w Pendżabie, 80 cm wzrostu, 9 kg wagi.... jest niezwykły. kiedy się urodził ważył 700 g. rodzina była przekonana, że to klątwa. jego matka nie wiedziała jak się nim zająć. rósł powoli i był pośmiewiskiem. żeby go chronić rodzina zatrzymywała go w domu. Siedział w pokoju i oglądał telewizję. postanowił nauczyć się tańczyć, zaczął ćwiczyć w siłowni. nie przejął się "normalnymi" którzy go wyszydzali. z pogodą ducha i wewnętrznym przekonaniem dążył do celu. wkrótce zaczął zarabiać dwukrotnie więcej niż jego ojciec - nauczyciel. rodzina mówi, że jest skarbem i że są szczęśliwi, że jest z nimi. jest pogodnym, radosnym człowiekiem, który łatwo nawiązuje kontakty, wzbudza sympatię i pragnie zostać tancerzem - tyle z fimu dokumentalnego na tvp2 17 stycznia 2010
od siebie dodam, że wygląda na pogodnego człowieka, robi ogromne wrażenie, jestem pełna podziwu, bo ja potrafię tylko biadolić nad swoją normalnością, muszę zrewidować swoje JA, a najlepiej byłoby się go pozbyć....

piątek, 15 stycznia 2010

równowaga


to, co tracisz, odzyskasz, czasem tylko działa z opóźnieniem
dzisiaj dostałam bardzo dużo, choć nie spodziewałam się jakichkolwiek prezentów.... pozostaje podziękować i iść dalej
dziękuję więc, dziękuję, dziękuję
jestem wdzięczna, że mogłam sprawić komuś przyjemność i przyjąć jego podarunek
możliwe więc, że wszystko układa się lepiej niż sobie to wyobrażam i że nie jest tak szare jak wygląda na pierwszy rzut oka
dziś pomyślałam, że w gruncie rzeczy wszystko jest tak jak ma być, nie jet kwestią do rozstrzygania czy dobrze czy źle, to wartościowanie nie ma sensu

czwartek, 14 stycznia 2010

moja babcia, czyli mi abuela

obydwa słowa brzmią ładnie, ale nie dlatego chcę o niej wspomnieć.... dawno temu, zanim pożegnała ten najlepszy ze światów, mawiała: dziecko nie wierz mężczyznom. musiała wiedzieć, co mówi, czego mnie uczy. pamiętam, że rozwijała czasami tę myśl w stronę problemów powstających między obojgiem. stare-polskie porzekadło, że nie miała baba kłopotu to chłopa znalazła jakieś ziarnko piasku w sobie ma. nie, nie prawdy, piasku. z tego powstają przecież perły.... moja perła nabiera powoli masy, cóż że krytycznej. brak porozumienia. moja perła o mnie dba i lśni. dziś zobaczyłam jej blask, kiedy zastanawiałam się, dlaczego nasze rozmowy są dość krótkie i chyba zdawkowe, dlaczego nie rozmawiamy o niczym w sposób ciągły, wymuszający jakąś spójność, dlaczego mam wrażenie, że jest zajęty czymś innym.... odpowiedź nadeszła prosta i wyraźna: bo jest! genialne. przypomniałam sobie "dlaczego mężczyźni wolą zołzy" i roześmiałam się pod sam sufit. nie wiem, co robi chłop, ale czuję, a czucie i wiara to zawsze więcej niż mędrca szkiełko. czuję, że coś nie gra, nie zaskakuje, nie zatrybia. czuję, że rozmawiamy obowiązkowo.... mogę się mylić, ale raczej moja intuicja ma rację. na razie "raczej" oscyluje około 40 procent, więc sporo. skoro nie mogę zmienić tego, co jest, nie będę nadwerężać swojej szarej substancji, po prostu dam upłynąć dniom i zobaczę, co dalej. jeśli dalej istnieje, dobrze, jeśli go nie ma... ehhh nie powiem, że źle, zawsze istnieją inne rozwiązania i plany "b".
wiem na pewno, że na blogu
- nie będę psioczyć na innych, bo to okurwieńczo nieeleganckie
- nie będę się skarżyć, bo nie mam na co
- nie będe pouczać, krytykować, zrzędzić
będę się zastanawiać i myśleć.... to mi pasuje

obiad


Instalacja elektryczna, Delhi. Fot. Krzysztof Łoziński


obiad z filozoficznego punktu widzenia jest jakąkolwiek żywnością, która pozwala nam na zaspokojenie głodu, aby uwolnić nasze myśli - nie mogę uwierzyć, że to napisałam, że wpadłam na ten trop. zresztą to chyba nic dziwnego skoro ostatnio rozmawiam wyłącznie o obiadach... na kubie

całkiem zręczne i nawet prawdziwe, trochę przewrotne, idea się zgadza, ale przez cały dzień chciałam pisać tylko o tym, dlaczego jestem ustawicznie zmęczona, permanentnie niczym nie zainteresowana, przykurczona w myślach i w plecach, zdechła, wypluta, żadna.... nie wiem. jestem też czegoś pozbawiona....
i chciałam spytać, może ktoś wie: dlaczego szczęście mają tylko zimne suki? i nie chodzi mi o psie zwłoki rodzaju żeńskiego.
i gdzie kupić walizkę za niezbyt wiele pieniędzy, niekoniecznie odjechaną ale wytrzymałą co najmniej jak ja na trudy podróży, gdzie zdobyć canona eosa, skąd wziąć inne drobiazgi
odp. 1 - trzeba wlec się do te-go miejsca na te, którego nie lubię
odp. 2 - nigdzie albo w sklepie (nie wchodzi w grę, nie ma kasy)
odp. 3 - z ross-mana
no to już wiem wszystko, ale w dalszym ciągu jestem w chinach (na kubie mówi się w ten sposób, gdy nie wiesz, co się dzieje i nie masz pojęcia jak działać)
przysłowie kubańskie: pan bóg ściska, jednak nie dusi... (to jest część ogólnie dostępna) dalej brzmi: ... ale i nie puszcza - dios aprieta pero no ahoga, pero no suelta 

sobota, 9 stycznia 2010

strach przed śmiercią, strach przed życiem

śp. kurt vonnegut, napisał kiedyś książkę "losy gorsze od śmierci". z początku chciałam sprzeciwić się temu tytułowi, cóż byłam młoda i niedoświadczona. po czasie przyznałam mu rację. żyjemy tylko jeden raz i w tym życiu przeżywamy najgorsze. czasami lepiej byłoby nie żyć. boimy się zarówno tego, co nas czeka jak i tego, że w pewnej krótkiej chwili przestaniemy istnieć. oczywiście problemy mają różną rangę i czasem ludzie uciekają się do porównywania ich wagi, mówiąc: "prawdziwy problem to ten ... reszta to gówno" (cytat z maila od bardzo mało znajomego) lista prawdziwych problemów jest bardzo długa, właściwie nie ma końca, ale zawsze można ustawiać na niej problemy w kolejności od napoważniejszego do najmniej uciążliwego... tylko skąd wziąć szablon, na którym będziemy się opierać ustalając tę hierarchię? takiego szblonu nie ma!
czyjaś choroba dla jego otoczenia jest największym problemem, nadejście śmierci lub jej ociąganie się także, brak jedzenia dla zrowych dzieci jest problemem innych, remont samochodu jak dla mnie jest gdzieś na szarym końcu....
nie ma uniwersalnej listy problemów większych i mniejszych, kto o tym nie wie i próbuje forsować na tej liście swoje propozycje, jest po prostu bezdennie GŁUPI

czwartek, 7 stycznia 2010

uwaga szczerość!

szczerość jest jak syfilis, zaraźliwa i nie wypada o niej mówić przy stole
rozmodlone twarze, chrześcijańskie serca, na flagach bóg, honor, ojczyzna.... w beemkach chciwe dziwki z błyszczącymi ustami, w portfelach mnóstwo zadrukowanego papieru, w domach stare żony, na które przykro patrzeć i rano, i wieczorem, w szkołach nie chciane dzieci...
temu obrazowi brak jedynie dwóch małp breugela i herzogowskiego szympansa z papierosem

szympans palący papierosa
ostatnia scena filmu "bokassa" reż. werner herzog
dwie mały - pieter breugel

święta prawda

nauka jest sztuką tworzenia zręcznych iluzji, głupcy w nie wierzą lub polemizują z nimi, mądry człowiek zaś napawa się ich pięknem i pomysłowością, zdając sobie jednocześnie sprawę, że są to stworzone przez ludzi zasłony, za którymi kryje się mroczna otchłań nieznanego...
/carl gustav jung/

plecy c.d.

i znowu to samo. mam wrażenie, że początek roku wymaga ofiar... cóż, spełniam je jak umiem najlepiej, choć wczoraj nie powiedziałam co myślę komuś, kto nie pytany naobiecywał mnóstwo i w rozmowie telefonicznej zwierzył się: wiesz musiałem wywalić na remont auta 4000 zł! uuuhhhfff co za życie, beemka zwykle jest kosztowna i jak "jednorazówka" rzadko odpłaca czułością. lśni owszem bajecznie, zadaje dyskotekowego szyku, pozwoli docisnąć, ale nie może jej zabraknąć na waciki.... współczuję
dzisiaj stanęłam na wysokości zadania i zgodnie z regułami "national geographic" nie pozwoliłam się ugryźć. z mojej twarzy znikł uśmiech i spolegliwe "oczywiście" zastąpił je złowrogi warkot plus obnażone kły. odpowiedziałam na atak i nie zmienię swojej postawy.
mimo iż drugi dzień składm ofiary z żywego organizmu, jestem silniejsza...

środa, 6 stycznia 2010

nie mam siły

nie mam siły pisać po hiszpańsku, możliwe że potem przetłumaczę, co dzisiaj jest dla mnie ważne i straszne. chciałam dobrze - jak zwykle, nie wyszło - jak zwykle. takie jest życie. jednego dnia kilka osób pokazało mi swoje plecy. popatrzyłam i .... postanowiłam nie dopuścić nigdy więcej do takiej sytuacji. to ostatni raz, kiedy zaufałam. nie ma zaufania, nie ma przyjaciół, nie ma pomocnych ludzi. jestem sama ze wszystkim, co mnie otacza. nie będę się modlić o wsparcie, nie będę mówić co myślę o tych, których plecy dzisiaj obejrzałam. skoncentruję swój wzrok na błękitnym niebie i zbliżę się do mojego celu. wyciszę swoje myśli, obejmę psa.... nie powiem, że jakoś to będzie, bo jakoś mi nie wystarcza. powiem - zrobię to, co postanowiłam mimo waszego oporu i niezrozumienia. nie uronię żadnej łzy. łez nie ma, wyschły, zresztą szkoda by ich było...