piątek, 31 grudnia 2010


2010, 18 lutego, Havana, Lawton

w miejscu, gdzie znajduje się mężczyzna w zielonej koszulce, codziennie wysiadam z taksówki; wracam z centro hawana do domu; do barrio lawton; w panaderii Tosca kupuję pieczywo; chleb przypominający naszą dawną bułkę wrocławską, ale suchy, jak z waty, bez smaku; jednak ma tę zaletę, że nie na kartki; przy dobrych układach można po południu, odstawszy w ogonku dwa kwadranse, kupić działkę; nie można kupić dwóch, trzech, trzeba mieć trochę przyzwoitości, poza tym nie sprzedają więcej niż jeden; mimo że towar nie jest przydziałowy, umowny przydział wynosi jeden bochenkopodobny kawałek przesuszonej bułki;
po drugiej stronie, gdzie widać czerwony filar, skręcam w lewo i idę do domu, casa no 3 przy calle san francisco y 10 de octubre... nazewnictwo ulic w hawanie jest skomplikowane, jak wszystko na kubie, czasem wymienia się nazwę ulicy zasadniczej dla zainteresowanego i tej, przy której się znajduje posesja, więc calle san francisco y 10 de octubre, a czasem podaje się pomiędzy jakimi ulicami znajduje się właściwy adres, na przykład calle 21 entre B y C, co oznacza, że fragment ulicy, gdzie poszukujemy właściwego adresu, znajduje się między ulicami B i C, a nie między na przykład A i B lub C i D... inaczej po prostu nie trafisz... albo będziesz musiał iśc i iść aż zabolą nogi, havana jest ogromna; ulice tutaj to nie londyńskie metro, nic nie jest tu proste
mój chłopak mieszka w lawton, calle 9 entre B y pocito... czy to komuś coś mówi?

2011 Feliz Año Nuevo - Szczęśliwego Nowego Roku


una casa llena de pan y de felicidad, la gente que saben amar, una mesa llena de pastelitos, bolsillos llenos de la abundancia y el cumplimiento de todos los sueños, mucha suerte
para Sabina, Rafael, Irina, Yoani, Andy, para todos los Cubanos y Polacos y otro gente... para todo el mundo deseo YO

środa, 29 grudnia 2010

Despedida...


esto pura verdad que todo fluye, pero son cosas en la vida que se cambian nunca, si queremos, podemos ganar todos los picos con una altura de 8.000 metros, esto sólo depende de nosotros, desde la fuerza interior y el deseo, de nuestro arduo trabajo y capacidad de concentración, esto depende de la capacidad de amar y comprender qué es el amor

Gwiazdka 2010


Kocham Ciebie i Siebie

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Wrócę


Wrócę na pewno, wiem, cokolwiek ... wrócę

Oby się spełniło


...

Ściskała go pieczołowicie, przytulała do piersi, brzucha. Właściwie znalazł się tam, skąd kiedyś przybył. Przecież w taki sposób przyszedł na świat. Matka trzymała go w swoich dłoniach. Ochraniała przed zimnem, wiatrem i śniegiem. Jakby to właśnie było najważniejsze. Padające na dłonie światło wydobywało ich przenikliwie chłodny odcień nie pasujący do jaskrawego mahoniu. Pochylała się nad nim. Włosy wysunęły się spod kaptura i spadły na policzek. Osłaniała go jak pisklę, jak bochen chleba, jeszcze ciepłego, żeby zabezpieczyć przed nieprzewidzianym. Przed krzywdą. Był ważny. Najważniejszy. Solidnie zaśnieżone alejki nie pozwalały swobodnie się poruszać. Ledwie można było postawić stopę pomiędzy podmurówkami. Śnieg wsypywał się do butów, za kołnierze, pokrywał włosy, oszraniał twarze. Wzrok prześlizgiwał się po białych zaspach, białym niebie i ciemnych bezlistnych gałęziach, przypominających rysunek węglem. Rozproszone stadko zebranych z wtulonymi w swetry i szaliki nosami nie miało twarzy. Niewielki tłumek ze wzrokiem skierowanym w tę samą stronę. Bo wszyscy patrzyliśmy na nią. Na wyrzeźbione nocami lęku podkrążone oczy, czarny kożuch i ten kontrast. Małą skrzynkę w kolorze mahoniu. Może ktoś pomyślał, że nie założyła czapki, albo, że nie ma siły, by stać. Jej drobna sylwetka wyglądała nierealnie, jak cały obraz. Czarno-białe zdjęcie, zatrzymane w kadrze przelatujące ptaki i cisza. Trzeba było zachować ostrożność i patrzeć pod nogi, żeby się nie poślizgnąć. Trzeba było mieć czysty umysł, by zaobserwować jak go głaskała. Bo tak właśnie zrobiła, mimo, że dłonie obejmujące syna, nawet nie drgnęły. Trzeba było nie wiedząc nic, wiedzieć wszystko i starać się koncentrować wzrok na czymkolwiek. Tylko nie na niej. Może na piaskowym długim kożuchu kogoś odwróconego plecami albo na sznurowanych długich botkach, czy na tym, jak zmienił się ktoś, kogo nie widziało się bardzo, bardzo długo. Może należało nawet zastanawiać się, kim jest ta dziewczyna z kruczymi włosami i mocnym makijażem. Ładna. Byle tylko nie widzieć tej intymności, odkrytej i wystawionej na widok. Właściwie nikogo poza nimi nie powinno tam być. Obraz oddałby wtedy podstawową zasadę ich związku. Połączenie absolutne, nie do zerwania, nie wymagające potwierdzeń. Miłość bez zastrzeżeń, wybaczającą wszystko, bez względu na to, jakiegokolwiek grzechu dopuściłoby się którekolwiek z nich. Obecność innych stanowiła więc dysonans. Była wyrwanym z pianina klawiszem. Niezawinionym przypadkiem w zupełnie innych planach. Powinnością, za którą tego, do którego wznoszono słowa, można by okrzyknąć sprawcą. We wniosku zaistnieje więc potrzeba określenia tej obecności niepożądaną dokładnie w tym samym stopniu jak konieczną. Brak tu więc dylematu, istnieje jedynie następstwo.

Prawie...


Prawie skończył się rok... Kolejny. Nie bardzo wiem, jaki będzie następny, ale wiem, że czeka mnie wiele... Jaki był ten, który się prawie skończył? Dziwny i mogłabym powiedzieć z całą odpowiedzialnością, że obfity. Ale nie tak jak się wydaje, nie był rogiem obfitości, nie dał zbyt wiele, część zabrał... Obiecał i pokazał potem figę z makiem. Dlaczego? Dlaczego Havana, dlaczego koniec marzeń, dlaczego jakiś powrót, dlaczego Ameryka, Hawaje, stres, samoloty, lotniska, dlaczego mała mahoniowa skrzynka i cała reszta, święta... i koniec, i początek. Czego? Dlaczego tęsknota, tak ogromna jak ocean, tak bolesna. Czemu służy, czego uczy? Jak żyć? Nie rozumiem tego roku... Nie wiem, co robić, ale nie zrezygnuję, potem nie byłoby już po co... Nie podoba mi się, tak bardzo mi się nie podoba, że boję sie jak diabli. Więc czeka mnie walka, czeka mnie mnóstwo pracy, jestem zawzięta i wkurzona, lepiej mnie więcej nie drażnić. Teraz ja mówię: Koniec z bajzlem! I ma być jak ja chcę!
Tęsknię za tobą Kochanie, wiem, że się spotkamy, bez Ciebie nic nie ma sensu. Nie wiem dlaczego, ale to mnie nie interesuje. Czekaj na mnie, przyjadę i zostanę. Już cię nie opuszczę. Nigdy. Potrzebuję Cię jak powietrza, zimno mnie zabija...

środa, 27 października 2010

Szara rzeczywistość


Dzień spędziłam do południa na załatwianiu niezałatwialnego :) choć trochę jednak się poprawiło... rachunek za gaz opłacony, stan licznika doniesiony gdzie trzeba, mięso w promocji zakupione i zamrożone, parapet posprzątany... zostało jeszcze sporo, a jakoś to, co się załatwiło, nie chce odejść w niepamięć, tylko już zaczyna nadchodzić w następnej turze :) kolejny miesiąc, kolejne rachunki i czasem mam wrażenie, że to się nigdy nie skończy, a chciałabym, chciała... z oszczędności pewnie nie ugotuję dzisiaj obiadu, może jutro, zawsze to jeden dzień przyhamowany z wydatkami, tylko... jak długo da się hamować? więc jak widać, kryzys jest wszędzie, a zima nie zamierza poczekać w tym roku na przyszły, tylko się niestety zbliża i straszy swoim mroźnym oddechem, żeby getry, rękawiczki, buty, koc i kurtkę kupować, bo będzie zimno.... oj będzie, a jak raz to, co wspomniane wyszło i nie ma, wydarło się, rozdziawiło, bęc... zlecenia powolutku nadchodzą, więc i grosz będzie, ale jak na razie wznoszę modły Kubusia Puchatka, panie Boże spraw, by mi się tak chciało, jak mi się nie chce... bo kocham pracować, przekocham, tylko na razie jestem jeszcze w fazie rozmyślań, kiedy zakończę rozmyślania i zmyję podłogę w kuchni, mam nadzieję, stanie się cud i wróci chęć do harowania... pokładam nadzieję w sobie, że wrócą pomysły, wyobraźnia się odnajdzie i odbuduje, bo ostatnio się gdzieś zapodziała, tak jak i ja się zapodziałam... odnajduj się dziewczynko, prędziutko, czas na życie, nie wolno schnąć na jesień i hibernować się na zimę, nie jesteś przecież Misiem, który może w gawrze przespać sezon... choć tak o tym marzysz... jeśli już nic nie skutkuje, uśmiecham się do moich myśli i powtarzam: będzie dobrze, choć z wiarą w to sformułowanie kruchutko, oj, kruchutko... po listopadzie i czasie świeczek, nadejdzie białe uspokojenie, może ukojenie, może zwolnienie tempa, a potem wszystko znowu wybuchnie i zakręci do czynienia, zachęci, żeby zachwycać się... ale to dopiero za jakiś czas, więc póki co się troszkę boję, co ja mówię, boję się na 101%, nawet bardziej i nie bardzo wiem, co zrobić, żeby przestać... dwa dni temu postanowiłam nie myśleć, tylko robić, ale jakoś przychodzi z trudem :)

wtorek, 26 października 2010

Seks w wielkim mieście, czyli cytat z Carrie Bradshaw :)

Niektórych kobiet nie da się poskromić. One potrzebują biegać na wolności dopóki nie znajdą kogoś tak dzikiego, aby biegał z nimi...

Dawno


Dawno mnie nie było, może miałam inne zajęcia, może zaniedbałam bloga... nie wiem. Wydaje się, że właśnie wróciłam i chcę kontynuować. Pisanie do siebie jest trochę dziwne, ale są jakieś powody, dla których wielu ludzi to robi. Czasem myślę, żeby zacząć wszystko od nowa, skasować i zacząć inne, ale przecież nagle pojawia się chęć przywrócenia tego, co skasowane... Nie da się rozdzielić jednego od drugiego, życia od wspomnień, podróży od ludzi, zdjęć od przemyśleń... no nie da się, wszystko jest z sobą połączone, więc najlepszą rzeczą jest kontynuacja, świadoma i konsekwentna, bo przecież z tego układa się moje życie, całość.. Jak bym robiła sweter, albo serwetkę, oczko po oczku, kolejny rząd, gdzieś supeł... przybywa kolejnych dni i przybywa zdarzeń, z tego tworzy się ta wspaniała tkanina, której wzór czasem pozwala kołysać się łagodnie, a czasem przeraża, jak zły sen...
Jeśli więc porządkowanie, należałoby wyjaśnić tę przerwę
W czerwcu odeszłam z firmy po kilku miesiącach zaciskania zębów i znoszenia fanaberii chlebodawców. Sic! Tutaj wyjaśnienia są zbędne, choć spowodowało to zawirowania i skoncentrowanie się na poszukiwaniach nowych źródeł utrzymania. Częściowo było trudno, ale poradziłam sobie, mam też w tej materii nadzieję na coraz lepsze rozwiązania.
Kolejnym projektem były wakacje. Na zaproszenie. Wymyślone przez kogoś, w kierunku, którego nie planowałam, który był mi od zawsze obcy, z jednym wyjątkiem :) Pojechałam. Ale wakacje mają to do siebie, że zwykle się kończą, więc wróciłam.
Te dwa bloki tematyczne, zmiany w pracy i wakacje sprawiły, że chwilowo wyłączyłam się z normalności zapisywania wrażeń. Zaniedbałam blogowanie, co zamierzam natychmiast, gwałtownie zmienić :)
Potrzebuję chyba pewne rzeczy uporządkować, wypisać je, zobaczyć zdarzenia z perspektywy słów, pozamykać rozdziały i przejść do nowego w moim życiu. Nie oznacza to, że życzę sobie podkreślać cokolwiek czerwoną grubą krechą... Po prostu przyszła pora się rozliczyć, posprzątać w szafach i wpuścić trochę świeżego powietrza.

czwartek, 8 lipca 2010

Dziwny jest ten świat

odkrycie nie moje, zasługuje na nobla
i nawet nie chce mi się pisać... skończę jutro albo nie, pojutrze :)
didaskalia [uśmiech przychodzi jej z trudem]

wtorek, 6 lipca 2010

Pracuj, kiedy nie musisz


kiedy praca jest hobby, granice tego, co robisz zacierają się... wygląda to tak, że nie wiesz, czy kręgosłup wysiada ci z powodu harówy, czy z powodu przyjemności :) 14 godzin przy komputerze, łokcie w powietrzu, oczy w słup , ze łzami w oczach, papieros za papierosem... a i tak doba wydaje się za krótka i zaczynasz się modlić, żeby twój sprzęt działał tak jak ty; ale to dobrze, bo choć czasem przychodzi lęk, nie jest tak groźny. przyjdzie, popatrzy, przetrze oczy ze zdziwienia i wycofa się chyłkiem, żeby nie przeszkadzać. można chwilę dla odprężenia porozmawiać, można posłuchać łagodzącej muzyki, można się polansować, znaleźć coś fajnego do poczytania, odpisać na mail, zrobić zdjęcie, czy napisać kawałek bloga... gdzie tu czas na pracę? dzisiaj nie po raz pierwszy zamyśliłam się czy to już, czy jeszcze jestem poza granicami, skoro moja klawiatura jest przedłużeniem mnie w kosmos... naprawdę nie wiem. ale wiem, że potrzebuję oprócz wielu innych rzeczy miłego ciepłego miejsca w dwóch kolorach, błękitnym i żółtym. jak nie będzie zielonego, nie problem. ale w takich miejscach zawsze jest...

poniedziałek, 5 lipca 2010

Nie udało się


wiedziałam, że się nie uda :) i dobrze. nie jestem tak silna, żeby o Niej zapomnieć. kiedy przykładasz muszlę do ucha, musisz usłyszeć szum, kiedy z tego szumu wyłowisz głos syren, nic cię już nie zadowoli, zawsze będziesz za nim podążać. ludowe przypowieści ostrzegają, że na swoją zgubę. ale to morał dla tych, którzy boją się fal. w pewnym sensie i ja się ich boję, nie ma recept, żadne trzymanie się zasad nie gwarantuje, że nie zamoczysz głowy i nie zachłyśniesz się wodą. kto sądzi, że jest inaczej, nie ma wystarczającej wyobraźni. owszem niewychodzenie poza schemat zabezpiecza pewną przestrzeń, w której odnajdujemy prawdopodobieństwo nikłych zmian, ale świadczy też o lęku i pozbawianiu się istotnej możliwości odkrywania nieznanych lądów. a przecież każda chwila jest stawianiem stopy na obcej ziemi, oswajaniem gruntu pod nogami i poznawaniem tego, co ukryte za drzewami, nieskończonym wsłuchiwaniem się w obce języki i dostrajaniem się do krajobrazu. intrygujące, że można w tym brać udział, zostawiać swoje ślady, czerpać pełnymi garściami z zastanego porządku i przyczyniać się do jego wzbogacania. mnie to pasuje.
Witaj Siostrzyczko :)

niedziela, 27 czerwca 2010

Mam dosyć


niestety, kończą się miłości i związki, kończy się też coś w człowieku, pęka, trzeba pozamiatać i wywalić skorupy do śmieci... zdecydować się na powrót, choćby jak nie wiem co nie chciało się wracać. miałam wiele planów i możliwości ich zrealizowania, już nie mam, ktoś mi to odebrał, może ja sama, żeby marzenia się nie spełniły i w przyszłości nie skomplikowały jeszcze bardziej tego, co jest. nie wiadomo. ale wiadomo że mam dość kuby, havany, ruin i biedy, polityki, kłótni, książek, w których ciągle to samo - ostry seks, walące się ściany, smród, gówna, sperma, pot, głód, bieda, upał, wilgoć, łzy i polityka... mam dość hiszpańskiego i tego, że codziennie słyszę to samo, te same puste słowa i frazesy, te same sformułowania i zlepki, nawet pisane tak samo.... nie chcę mi się już jej kochać, zdradziła mnie, więc muszę ją potraktować równie nieludzko. zapomnieć. to chyba wystarczy. wiem że wrócę do tematu, zrealizuję go, ale z perspektywy, najpierw muszę przetrawić to, co w tej chwili jest niezwykle ciężkostrawne.
zostawiam tylko kilka wątków hispanojęzycznych i havańskich, wystarczy
żegnaj... laleczko

Wielkie porządki


zabrzmiało jak... wielka ucieczka, ale nią nie jest :) wręcz przeciwnie. porządki zapowiadają nową erę, nie upiorę już starego koca bo go nie ma, nie znalazłam jeszcze palm, pomiędzy którymi rozwieszę hamak, tak mi się przez chwilę wydawało, ale to było złudzenie, fatamorgana. teraz pora na wielkie życiowe sprzątanie.
odkurzyć stare kąty, żeby zaświeciło w nich słońce, a obmierzła wilgoć lęków i upokorzeń nie pokrywała każdego ranka swoją szarą smugą nowego dnia
wyciągnąć z szaf wszystkie trupy nieudanych związków, żeby przestały straszyć, wywalić je z hukiem na śmietnik, wpuścić świeżą bryzę
wytrzepać dywany przeszłości, raz na zawsze powiedzieć roztoczom we wszystkich zakamarkach umysłu: "nie"!
wyprać wspomnienia, rozwiesić je na sznurach w ciepłym słonecznym poranku, potem zebrać pachnące w południe i poskładać w listeczki jak świeże poszewki i prześcieradła do magla...
tak, to konieczne i zawsze przynosi świetne efekty, szkoda że trwa zwykle... jakiś czas
i nie bać się, nie bać się, nie bać, mimo że się jest... jedynie... małą dziewczynką
wznieść oczy do nieba wypatrując wsparcia, które oby nadeszło

środa, 23 czerwca 2010

Prekognicja





w parapsychologii prekognicją określa się zjawisko paranormalne polegające na umiejętności przewidywania zdarzeń, które dopiero będą miały miejsce w przyszłości.
każdy w miarę doświadczony człowiek, może przewidzieć, opierając się na analizie faktów, nic nowego pod słońcem. ważne są też przeczucia czy tzw szósty zmysł, zsumowane dają prawie pewność uzyskanego obrazu.
moja prekognicja
poznałam kogoś, kto na chwilę mnie zauroczył, na chwilę trwająca rok. zdałam sobie dość prędko sprawę z tego, że kłamie i że mu nie ufam. szóstym zmysłem, a może zmysłem dojrzałej kobiety, wyczuwałam nieprawdziwość wyznań i deklaracji. pytania drążące temat przynosiły odpowiedzi przeczące i zapewnienia o tym, że nie mam racji. ufałam jednak swoim przeczuciom i tak jasno jak na ekranie tv widziałam zdradę, kłamstwo i inną kobietę. z natury jestem spokojna i pozwalam na wykazanie się, trochę to trwało, moja prekognicja dała świadectwo wczoraj :) zobaczyłam napisane czarno na białym: kocham inną. uśmiechnęłam się wtedy dziękując za zdolność przewidywania i widzenia spraw takimi, jakie są. bez tej zdolności mogłam także wyraźnie zobaczyć perspektywę związku z niedołęgą, leniem, pasożytem, czyhającym na mnie jak na pozbawiony pinu bankomat i matczyną opiekę w zamian za ozdabianie mojego salonu wątpliwej jakości dziełem w jego własnej postaci. zachowując dystans, uchroniłam się przed losem gorszym niż to wczorajsze wyznanie. przed trudnymi dniami samotności podczas obecności w moim życiu kogoś, kto na to absolutnie nie zasługuje. jestem o rok starsza i bogatsza o wiedzę, którą zdobyłam. dziękuję za ochronę, dziękuję, że siła wyższa nie zezwoliła na realizację bzdurnego planu 'zawsze będę cię kochał'. szczęśliwa dziś, chętnie podejmę nowe wyzwanie. zbuduję dom.

piątek, 18 czerwca 2010

już czerwiec... niebieski


to nic, że bez świateł... sama znajdę drogę, jak zwykle...
a mnie się wszystko sypie, od pierwszego, jakby specjalnie na 'dzień dziecka', dostałam bonusy ujemne... nie wiem czy śmiać się, czy płakać. miałam dokładnie zaplanowany rok do końca ze szczególnym uwzględnieniem października, i daty kluczowej 21 :), potem mniej więcej do połowy następny... i szlag trafił plany, które staram się gwałtownie przebudować; gwałtowność niestety nie przynosi efektów, powoduje zamęt i panikę większą niż jest to dopuszczalne i potrzebne; jestem poważnie wkurzona, życie mi udowodniło, co ja ciągle powtarzam, że kontrola nad nim jest niemożliwa. szkoda gadać, muszę pozmieniać plany, ale nie wszystkie... nie dam się, nie dam się, nie poddam się, żywej mnie nie dostaniecie! i już!
postanowienia: 1. październik dojdzie do skutku w zaplanowanym terminie, 2. wolność przede wszystkim - ubezwłasnowolnienie nie wchodzi w grę, 3. planowane zakupy: la lente y el tripode - muszą się udać!, 4. niech żyje freelance!!!
to tyle w kwestii życzeń do Góry i bardzo proszę Górę o nieprowokowanie sytuacji, w których będę musiała udowadniać, że nie jestem wielbłądem, nie jestem, to widać z daleka, ciągłe udowadnianie, że jest inaczej to strata czasu i energii. dziękuję i polecam się na przyszłość, oczywiście jak najbardziej pozytywną.

niedziela, 30 maja 2010

Cuba Linda

Odejść

nie można odejść zbyt daleko, czasami w ogóle nie można odejść, chciałoby się, chce się, wszystko się robi i... nic
czuję się zatrzymana, ubezwłasnowolniona, związana, mam zalepione usta, jestem przykuta i nie mogę wykonać żadnego ruchu, szukam i miotam się, sieć jest ciasna, przez gęste oka nie widać nic, tylko wodorosty.... mam połamane kończyny, pęka mi skóra, utrącono mi głowę, mózg powoli wypływa... koniec bez końca, po prostu bez

sobota, 29 maja 2010

Mężczyźni

temat szeroki i głęboki więc na pewno kilka słów go nie wyczerpie... babcia miała rację, choć nie miała pojęcia o współczesności; ale, że facet nie powinien znać prawdy, to racja; nigdy; usiłujesz być miła, jesteś olewana, bo miła kobieta na pewno na niego leci więc nie jest godna szacunku i zainteresowania; jesteś niesympatyczna - dostajesz nalepkę "zołza"; mówisz słodkie głupstewka - nazwie cię idiotką, powiesz prawdę - obrazi się, odrzucisz jego zaloty - rozgłosi, że idziesz do łóżka z każdym; zawsze jest nie tak; dlaczego? to proste, facet nigdy nie uzna żadnej kobiety za przynajmniej równą sobie dzięki wychowaniu niestety przez kobiety; dziewczynka ma obowiązki, a chłopiec jest po prostu synem; dorasta jak kwiatuszek, podlewany i zaspokajany najlepszymi składnikami, ale o dziwo nie wyrasta na niezwykła roślinę, ale na chwast; lata po koncertach, pije, bije, bałamuci, wydaje na gadżety, wykorzystuje, żadnej odpowiedzialności; dziewczynka przeciwnie: dba o reputację, sprząta, uczy się piec, gotować, szyć, robić na drutach i zawsze ma przypominane, że powinna wstydzić się miesiączki; jezu, jest 2010, a to wszystko trąci mocno zaprzałym średniowieczem; ale potem okazuje się, że to on miał gorzej: ojca nie było (bo poszedł do innej), musiał biedny wychowywać rodzeństwo, dbać o dom, sprzedawać butelki, żeby kupić zeszyt i nie głodować; jakie to smutne.... rzuciła go dziewczyna, żona odeszła do innego, matka się łajdaczyła, jak tu lubić kobiety? więc po zrobieniu dzieciaków i maniu dość ciągłej bidy też se odszedł.... w siną dal. teraz jest wielce nieszczęśliwy i szuka takiej co by go kochała i podzielała jego pasje, czytaj: mnie wolno wszystko, ona ma być podnóżkiem, niewidzialna, uległa, spolegliwa, cicha, grzeczna, spokojna, kochająca.... a jak już pasje się podzieli, to można najwyżej iść spać; jasne że doświadczenia są różne, ale jak mężczyzna, który nienawidzi kobiet, może kiedykolwiek kochać ... kobietę? nie istnieje możliwość porozumienia międzpłciowego, trzeba sobie to wybić z głowy. jak słodko jest mieć tego świadomość i nie liczyć na niemożliwe. w tej perspektywie życie z psem, a właściwie z suką nabiera wręcz bajkowego odcienia. współczesny facet jest zbędny współczesnej kobiecie, no, chyba że ona chce koniecznie być plastrem miodu na jego rany, zapominając przy tym o własnych. ja bym nie liczyła, że facet mnie wesprze, poda ramię i okaże zrozumienie, już nie. dla sympatycznego bzyknięcia od czasu do czasu nie jest konieczne wikłanie się w związek jednostronny gdzie kobieta spełnia funkcję alfy i omegi a facet pozwala się podziwiać. to bzdura taka sama jak możliwość wprowadzenia w życie jakiejkolwiek demokracji.
każdy mężczyzna może powiedzieć dokładnie to samo o kobietach i... będzie miał rację
didaskalia [perlisty śmiech]

wtorek, 20 kwietnia 2010

miasto kielce na przedwiośniu










zapomniałam o spacerze miesiąc temu, lubię przedwiośnie....
pejzaż miejski

wiosna, wiosna, wiosna...






u mnie na czwartym już wiosna, na razie niewiele, ale rozwija się i puchnie cudnie, za chwilę znowu zza liści nie zobaczę niczego, tylko kawałki nieba, jaki piękny pejzaż...