piątek, 31 grudnia 2010

2011 Feliz Año Nuevo - Szczęśliwego Nowego Roku


una casa llena de pan y de felicidad, la gente que saben amar, una mesa llena de pastelitos, bolsillos llenos de la abundancia y el cumplimiento de todos los sueños, mucha suerte
para Sabina, Rafael, Irina, Yoani, Andy, para todos los Cubanos y Polacos y otro gente... para todo el mundo deseo YO

środa, 29 grudnia 2010

Despedida...


esto pura verdad que todo fluye, pero son cosas en la vida que se cambian nunca, si queremos, podemos ganar todos los picos con una altura de 8.000 metros, esto sólo depende de nosotros, desde la fuerza interior y el deseo, de nuestro arduo trabajo y capacidad de concentración, esto depende de la capacidad de amar y comprender qué es el amor

Gwiazdka 2010


Kocham Ciebie i Siebie

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Wrócę


Wrócę na pewno, wiem, cokolwiek ... wrócę

Oby się spełniło


...

Ściskała go pieczołowicie, przytulała do piersi, brzucha. Właściwie znalazł się tam, skąd kiedyś przybył. Przecież w taki sposób przyszedł na świat. Matka trzymała go w swoich dłoniach. Ochraniała przed zimnem, wiatrem i śniegiem. Jakby to właśnie było najważniejsze. Padające na dłonie światło wydobywało ich przenikliwie chłodny odcień nie pasujący do jaskrawego mahoniu. Pochylała się nad nim. Włosy wysunęły się spod kaptura i spadły na policzek. Osłaniała go jak pisklę, jak bochen chleba, jeszcze ciepłego, żeby zabezpieczyć przed nieprzewidzianym. Przed krzywdą. Był ważny. Najważniejszy. Solidnie zaśnieżone alejki nie pozwalały swobodnie się poruszać. Ledwie można było postawić stopę pomiędzy podmurówkami. Śnieg wsypywał się do butów, za kołnierze, pokrywał włosy, oszraniał twarze. Wzrok prześlizgiwał się po białych zaspach, białym niebie i ciemnych bezlistnych gałęziach, przypominających rysunek węglem. Rozproszone stadko zebranych z wtulonymi w swetry i szaliki nosami nie miało twarzy. Niewielki tłumek ze wzrokiem skierowanym w tę samą stronę. Bo wszyscy patrzyliśmy na nią. Na wyrzeźbione nocami lęku podkrążone oczy, czarny kożuch i ten kontrast. Małą skrzynkę w kolorze mahoniu. Może ktoś pomyślał, że nie założyła czapki, albo, że nie ma siły, by stać. Jej drobna sylwetka wyglądała nierealnie, jak cały obraz. Czarno-białe zdjęcie, zatrzymane w kadrze przelatujące ptaki i cisza. Trzeba było zachować ostrożność i patrzeć pod nogi, żeby się nie poślizgnąć. Trzeba było mieć czysty umysł, by zaobserwować jak go głaskała. Bo tak właśnie zrobiła, mimo, że dłonie obejmujące syna, nawet nie drgnęły. Trzeba było nie wiedząc nic, wiedzieć wszystko i starać się koncentrować wzrok na czymkolwiek. Tylko nie na niej. Może na piaskowym długim kożuchu kogoś odwróconego plecami albo na sznurowanych długich botkach, czy na tym, jak zmienił się ktoś, kogo nie widziało się bardzo, bardzo długo. Może należało nawet zastanawiać się, kim jest ta dziewczyna z kruczymi włosami i mocnym makijażem. Ładna. Byle tylko nie widzieć tej intymności, odkrytej i wystawionej na widok. Właściwie nikogo poza nimi nie powinno tam być. Obraz oddałby wtedy podstawową zasadę ich związku. Połączenie absolutne, nie do zerwania, nie wymagające potwierdzeń. Miłość bez zastrzeżeń, wybaczającą wszystko, bez względu na to, jakiegokolwiek grzechu dopuściłoby się którekolwiek z nich. Obecność innych stanowiła więc dysonans. Była wyrwanym z pianina klawiszem. Niezawinionym przypadkiem w zupełnie innych planach. Powinnością, za którą tego, do którego wznoszono słowa, można by okrzyknąć sprawcą. We wniosku zaistnieje więc potrzeba określenia tej obecności niepożądaną dokładnie w tym samym stopniu jak konieczną. Brak tu więc dylematu, istnieje jedynie następstwo.

Prawie...


Prawie skończył się rok... Kolejny. Nie bardzo wiem, jaki będzie następny, ale wiem, że czeka mnie wiele... Jaki był ten, który się prawie skończył? Dziwny i mogłabym powiedzieć z całą odpowiedzialnością, że obfity. Ale nie tak jak się wydaje, nie był rogiem obfitości, nie dał zbyt wiele, część zabrał... Obiecał i pokazał potem figę z makiem. Dlaczego? Dlaczego Havana, dlaczego koniec marzeń, dlaczego jakiś powrót, dlaczego Ameryka, Hawaje, stres, samoloty, lotniska, dlaczego mała mahoniowa skrzynka i cała reszta, święta... i koniec, i początek. Czego? Dlaczego tęsknota, tak ogromna jak ocean, tak bolesna. Czemu służy, czego uczy? Jak żyć? Nie rozumiem tego roku... Nie wiem, co robić, ale nie zrezygnuję, potem nie byłoby już po co... Nie podoba mi się, tak bardzo mi się nie podoba, że boję sie jak diabli. Więc czeka mnie walka, czeka mnie mnóstwo pracy, jestem zawzięta i wkurzona, lepiej mnie więcej nie drażnić. Teraz ja mówię: Koniec z bajzlem! I ma być jak ja chcę!
Tęsknię za tobą Kochanie, wiem, że się spotkamy, bez Ciebie nic nie ma sensu. Nie wiem dlaczego, ale to mnie nie interesuje. Czekaj na mnie, przyjadę i zostanę. Już cię nie opuszczę. Nigdy. Potrzebuję Cię jak powietrza, zimno mnie zabija...