czwartek, 24 marca 2011

Chichot losu, złośliwość przedmiotów martwych i rozśmieszanie Pana Boga

Od początku marca jestem formą przetrwalnika; zasuszona, wycofana, śpiąca królewna; królewną wszak być niełatwo, trzeba liczyć na czas i chęć kogoś do zrobienia jedzenia, zakupów czy prania, bo królewny same tego nie robią - a królewny-przetrwalniki tym bardziej; są formą życia pozbawioną możliwości wykonawczych, upupioną, wmanewrowaną w cudzy scenariusz, niezawioniony przez nie, ale dla nich przeznaczony; najgorsze jest to, że chcę coś zrobić, ale nie wiem, co, cokolwiek zresztą robię, wygląda, jak bym nie robiła, nie ma efektów, żadnych, można tylko snuć się i spać, czasami już nawet nie mogę spać... za dużo śpię, w dodatku wmawiam sobie, że to dobrze, że odzyskuję zdrowie; w rzeczywistości chudnę i chudnę.... i już zaczynam przypominać wyblakłą akwarelę, przezroczyście uroczysta i prawie nieistniejąca.... elementy takie jak oczy czy nos, uszy, brwi są na swoich miejscach, ale nie stanowi to o moim tam istnieniu; spędzam trochę czasu na poszukiwaniu siebie i oswajaniu strachu; zastanawiam się, czy już czy jeszcze, jak bardzo to trudne i czy podołam, moje prywatne przełamywanie fal właśnie się zaczęło; dlaczego qrva nie wiem, co mam robić???

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz