sobota, 7 maja 2011

Wycieczka w Pireneje

na którą zabrał mnie Alejandro González Inárritu
Oszczędna kamera prowadzi widza przez inne miasto. Nie to pokazywane i atrakcyjne, La Sagrada Familia, park Gaudiego, kamieniczki w centrum, eleganckie sklepy, Las Ramblas czy Camp Nou, ale przez odrapaną kamienicę, w której mieszka z dziećmi główny bohater Uxbal, ciasne mieszkania z odpadającym ze ścian tynkiem, wąskie uliczki niekoniecznie najlepszych dzielnic, piwnice, w których koczują chińscy robotnicy i prowizoryczne wieloosobowe kwatery czarnych imigrantów. Handlarze narkotyków, podrabianych torebek, robotnicy budowlani, skorumpowany policjant, matka alkoholiczka w stanie wiecznej depresji i pośrednik pracy, kombinator Uxbal, kontaktujący się ze zmarłymi. Trudno nadać ludzką twarz takiej menażerii. Jednocześnie zdajemy sobie sprawę z tego, że to dopiero wierzchołek góry lodowej, bo to jest przecież miasto, w którym żyjemy i nikt nie pojedzie do niego na wycieczkę.
Na wycieczkę jedzie się w Pireneje, które są "biutiful".
Bohaterowie filmu to z pozoru zwykli ludzie, ale to tylko pierwsze wrażenie. Tak naprawdę przerażają, bo w chwili nieuwagi możemy stać się podobni do nich.
"Biutiful" to inny film  niż dotychczas pokazywał autor trylogii "Amores perros", "21 gramów" i "Babel". Cichy. Krzyk bólu niesie do nieba tylko stado gołębi, a odpowiedzialność w trzepocie skrzydeł jest prośbą o przebaczenie. Nie można go jednak nazywać kameralnym. Jest raczej rodzajem nieświętego apokryfu. Uxbal, główny bohater, którego na naszych oczach misternie tworzy Javier Bardem, to postać tułacza, skazanego na błądzenie, nieudane wybory, dotkniętego chorobą, oczyszczanego jednak z win dzięki niesieniu pomocy innym i miłosierdziu. Ludzka miseria może być zrozumiana, mamy prawo do błędu, mamy prawo do życia i przebaczenia. Wszyscy. Niewierna żona i rozwiązły brat, handlujący ludźmi pracodawca-homoseksualista, szef budowy zatrudniający nielegalnych pracowników, handlarz narkotyków deportowany do Senegalu, nieuczciwy gliniarz, bohater oszczędzający na kupnie tanich grzejników...
Bo czy na pewno to właśnie dzięki nim pieniądze pochowane w skarpetach Uxbala stały się najwyższym dobrem? W filmie Inárritu są fundamentem majaczącej nad miastem jak złowrogi cień Katedry, jej konstrukcją nośną i zaprawą spajającą każdy element. Nie potrafimy przestać jej budować, dopóki ktoś nie spadnie z rusztowania. Wtedy przystajemy. Na chwilę.
Na wycieczkę jedzie się w Pireneje, które są "biutiful". Żeby zobaczyć śnieg. W pierwszej i
ostatniej scenie filmu. To właśnie ta wycieczka. Przez życie.
Myślałam, że nie zniosę dwóch i pół godziny, ale pomyliłam się. Mogłabym oglądać dalej, następne dwie i pół.
Mirito Torreiro z  hiszpańskiego magazynu "Fotogramas" zauważył, że umieszczony za kamerą przypadkowy turysta jest tylko towarzyszem bólu, bardziej zainteresowanym pobłażaniem sobie i godną ubolewania degradacją człowieka, który liczy na wiarygodną przygodę ze światłem i ciemnością, jak to w życiu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz