„Cuando escucho a un gran tumbador como Armando Peraza, Mongo Santamaría, Francisco Aguabella, Tata Guines o Patato Valdés, no oigo las congas, oigo a la vida“. Carlos Santana
Musica cubana
Lubić czy nie lubić kubańską muzykę to tak, jakby wybierać lody i kręcić nosem, bo wolę czekoladowe niż owocowe. Lubienie kubańskiej muzyki nie ma nic do rzeczy, tę muzykę można czuć lub nie. Kto ją czuje, wie o czym mowa, jest też z tym czuciem prawdopodobnie szczęśliwy. Kto jej nie czuje, jego prywatna sprawa. Jej rozumienie czy analizowanie z punktu widzenia artystycznego nie ma nic do rzeczy. Ocenianie także nie. Zresztą sformułowanie kubańska muzyka jest pojęciem bardzo mylącym, zbyt wąskim lub zbyt szerokim i używanie go świadczy o nierozumieniu tematu.
Czym więc jest ta kubańska muzyka?
Odbiorca jest zawsze w tej komfortowej sytuacji, że jest odbiorcą. Nie tworzy i jego dzieło nie podlega ocenie. Sytuacja bardzo wygodna i prowadząca wielokroć do zachowań irracjonalnych. Potępić, zakładając czapkę niewidkę. Prawda, że genialny wynalazek? Zszargać. Powiedzieć, że twórca to prostak, a jego muzyka - jazgot. Będzie to świadczyło o nędzy umysłowej i uczuciowej mówiącego, bowiem nie widzieć bogactwa, nie doceniać różnorodności, odgradzać się, zamykać i izolować, to rzeczywiście nędza. Nie czuć i być głuchym, to nędza także.
Ale bądźmy sprawiedliwi. Nie każdy muzykę czuje, nie do każdego przemawia, bywa, że nie porywa. Nie każdy został tak szczodrze obdarowany, by ją rozumieć i by wzruszać się historiami, które opowiada. Możliwe, że po to, by tego doświadczyć, w ogóle trzeba mieć duszę. A Muzyka Kubańska to przecież dusza. Miłość, łańcuchy niewolników, plantacje tytoniu, modlitwa, pożądanie, czułość i łzy porzuconych kochanków. Wielkie tragedie czy małe radości, sól na ścianach domów, strach przed nieznanym, wspomnienie o tym, co zraniło serce i prośba o wolność. To muzyka, bez której nie można żyć. Tam bardziej niż tu.
Muzyka kubańska wywodzi się z rytmów niewolniczych, z bębnów, ale bęben to też nie wszystko. Są tambores, timbales, bongos, congas, bombos, tumbales, magiczne bata... Bęben to dla europejczyków słowo wyobrażające coś, co widywaliśmy w cyrku, albo na paradzie orkiestry strażackiej, może na koncercie rockowym, na Kubie – wieloznaczeniowe.
W historii, bębny miały wiele funkcji m.in. komunikacji w niektórych cywilizacjach i religiach. W niektórych kulturach w Afryce Wschodniej symbolizowały władzę królewską, ich brzmienie posiadało nadprzyrodzoną moc ochrony przed złem, chorobą i wojną.
Bębny
Tambor - bęben, werbel. Tambores to instrumenty perkusyjne z grupy membranofonów. Mogą być ze stali, mosiądzu czy pustego drewna (drążonego lub wykonywane podobnie jak beczki z klepek). Mają zwykle kształt walca z dwoma membranami na każdym końcu i wydają dźwięki o różnych wysokościach w zależności od materiału tworzącego membranę i wielkości płyty rezonansowej. Jest to szeroko rozumiany perkusyjny instrument muzyczny o różnych formach, którego dźwięk jest wytwarzany przez drgania membrany.
Timbal – kocioł. Timbal, składa się z miedzianego lub brązowego kotła, na który naciągnięta jest pergaminowa membrana przymocowana za pomocą metalowej obręczy. Należy do rodziny tom-tomów (kotły, półkotły), jednak o znacznie wyższym dźwięku. Może mieć również kształt walca. Przypomina bęben mały (werbel). Trafiły do Europy podczas wypraw krzyżowych z Afryki Wschodniej.
Congas. Conga wytwarza się na podobieństwo beczek, z drewnianych listew. W konstrukcji conga możemy wyróżnić dwa główne elementy - korpus i naciąg (naturalna lub syntetyczna skóra, przymocowana metalową obręczą). Pełny zestaw congas to w kolejności od najmniejszego: Nino, Quinto, Conga i Tumba.
Bongos. Instrument składający się zawsze z dwóch na stałe połączonych ze sobą bębenków o jednakowej wysokości korpusu i różnych średnicach. Korpus bongosów w kształcie walca lub stożka ściętego wykonany jest z klepek drewnianych, z jednostronnie naciągniętą membranę ze skóry kozła (obecnie występują naciągi z innych skór lub syntetyczne). Wysokość korpusu wynosi od ok. 14 do 20 cm, średnica mniejszego bębenka 12–15 cm, większego 16–20 cm. Współczesne bongosy zaopatrzone są w metalową obręcz i śruby naciągowe, pozwalające na regulację napięcia membrany.
Bombo. Bombos to wiekie bębny około 70 cm średnicy i 40 cm wysokości. Złożone z cylindrycznej drewnianej skrzyni zamkniętej na końcach przez dwie membrany (ze skóry lub tworzywa sztucznego) umocowane przeciwstawnymi pierścieniami, którymi można dostosować napięcie. Uderzane pałkami z korka lub filcu o dźwięku wyjątkowo głębokim i mocnym.
Bata. Bębny religijne używane w obrzędach santerii. Święte bębny mają swoje tajemnice i rytuały konstrukcji. Jest ściśle określone, kto może ich dotknąć i w jaki sposób o nie dbać. Te bębny są traktowane jak istoty żywe, mają swoje imiona (Itoteles, Iya, Okonholo) i uczucia. Osoba nie uświęcona nie może ich dotykać, a żaden bata nie może dotykać podłogi. Przybyły z Nigerii wraz z niewolnikami Yoruba około 1820-1860 r. przetrwały do dzisiaj, co świadczy o ich sile i niewykluczone, że o świętości.
Na Kubie, maleńkiej, ukrytej pomiędzy morzami, urodziło się wielu geniuszy muzycznych i zapewniam, że nie mówię wyłącznie o Buena Vista Social Club, bo akurat ich świat dostał ich na tacy od Wima Wendersa. Zostali ocenieni różnie, według kryteriów gustu, wiedzy lub niewiedzy, braku wrażliwości albo jej nadmiaru czy koloru skóry. Chano Pozo, Bebo Valdes, Arturo Sandoval, Mario Bauza, Israel „Cachao” López, Ruben Gonzalez, Paquito d'Rivera, Chucho Valdes (syn Bebo), Ramón „Mongo” Santamaria, Miguelito Valdes, Miguelito Cuní, Felix Chapotín... To nazwiska największych, najbardziej znanych, ale ci wymienieni są tylko wierzchołkiem góry lodowej. Świetnie wykształceni, przeważnie w konserwatoriach, a jeśli nie, to znaczy, że żadne konserwatoria nie były im potrzebne...
Wyjaśniam w tym miejscu, że nie mogę siebie określić znawcą muzyki, ale powiedzmy dociekliwym kubanofilem. Pozycja to niełatwa. Trzeba się uczyć, uczyć i jeszcze raz uczyć. Poznawać, dostrzegać to, co można zaakceptować i to czego nie można, również wiedzieć, dlaczego i odczuwać empatię, ale przy okazji zachowywać zdrowy rozsądek. To ogromny wysiłek. Oczywiście nie wszystko mi się w Kubie podoba, nie wszystko rozumiem, ale ten zapomniany przez wszystkich kraj, wydał w dziedzinie muzyki ludzi, którym można tylko zazdrościć ich wrażliwości, talentów i jednocześnie dziękować, że pozostawili światu swoją muzykę.
„Chico y Rita”
Kadr z filmu „Chico i Rita”
Cały ten post urodził się z dyskusji, jaka wynikła gdzieś w internecie o filmie „Chico i Rita”, kreskówce hiszpańskiej z 2010 r., produkcji Fernando Trueby i Javiera Marsicala ze studia Marsical, z muzyka m.in. Bebo Valdeza, określonej mianem dla dorosłych. Oceniono zresztą, że dla dorosłych, bo pokazano tam nagi tors mężczyzny, nagą kobietę i kilka pocałunków. Plus mnóstwo muzyki. Film został jednak niezrozumiany.
Zaczyna się od retrospekcji, podczas której stary już Chico, żyjący we współczesnej Hawanie jako pucybut, wspomina swoje życie. Spotykamy więc Chico i jego kumpla, kiedy doskonale bawią się z turystkami w nocnych klubach Hawany. Chico dostrzega Ritę, wokalistkę o niewykłej urodzie i aksamitnym głosie. Zasłuchany w niej zapomina o całym świecie i zakochuje się. To czasy na Kubie, kiedy z barów i klubów słychać jazz i rytmy karaibskie - salsę, rumbę czy merengue. Zakochani jednak nie mogą zrealizować uczucia. Chico ma dziewczynę, za którą co prawda nie przepada ale, tacy są mężczyzni... Rita, fordancerka w klubie dla białych mężczyzn, do których Kubańczycy nie mają wstępu, opuszcza więc ukochanego po temperamentnej kłótni i daje zielone światło bogatemu producentowi, który zabiera ją do USA obiecując karierę. Mówimy przecież o Hawanie lat 40., kiedy rządziła w niej amerykańska mafia, a Kubańczycy dzielili się na bogatych właścicieli fabryk i plantacji cygar, i czarnych, zawsze biednych, którzy co prawda na licznych konkursach tańca lub piosenki mogli coś wygrać (Chico i Rita wygrywają główną nagrodę w jednym z nich, otrzymują również angaż do ekskluzywnego hotelu), ale ich świetlana przyszłość zawsze pozostawała w związku z emigracją. Chico śni o swojej miłości i komponuje dla niej, ale wreszcie i on opuszcza Wyspę. W jednym z barów NY akurat gra Charlie Parker, są tam też wielki Dizzy Gillespie i Chano Pozo, legenda muzyki kubańskiej (dawny pucybut) i właśnie rodzi się be bop.
Historia banalna, jakich wiele, ale z udziałem bardzo niebanalnych ludzi. I o tym należałoby pamiętać idąc na ten film. Mam nadzieję, że dociekliwi lub zainteresowani znajdą w nim sporo przyjemności, a wszystkim innym odradzam.
Rita Montaner Chano Pozo
Muzyka kubańska od połowy lat 40. miała znaczny wpływ na rozwój jazzu w USA. Mieszanie rytmów ich łączenie, przenikanie i integracja to swoisty powrót jazzu do korzeni, ale jednocześnie zrewolucjonizowanie tego gatunku. A wszystko dlatego, że Kuba spotkała się z Afryką i jazzem w Nowym Yorku. Z tego właśnie zrodziła się niezwykła perfekcja, mająca swój początek w geniuszu Chano Pozo, o którym mówi się, iż był ojcem latynoamerykańskiego jazzu, czy giganta trąbki Dizzy Gillespie’ego i wielu innych. To wbrew pozorom nie Chano uczył się od ówczesnych sław. Gdyby nie to spotkanie, ta muzyczna integracja, która zaowocowała najbardziej spektakularnym wynikiem w dziejach współczesnej muzyki, mogłaby się nie zdarzyć, a brzmienia zachodnioafrykańskich bębnów i muzyki rytualnej zostałyby zapomniane. Dlatego legenda Chano Pozo jest tak wielka, szkoda, że znana nielicznym.
Chano
Chano Pozo, NY 1948
Luciano Pozo Gonzales, lepiej znany jako Chano Pozo, urodził się w Hawanie 7 stycznia 1915 roku. Kubański perkusista i trębacz. Był synem Cecelio Gonzaleza, pucybuta, i Carnación Pozo. Miał trzy siostry i starszego brata. Matka Chano zmarła, gdy miał 11 lat, a jego ojciec postanowił wtedy ożenić się ze swoją dawną miłością, Natalią, matką Felixa Chapotína (trębacz i jeden z wielkich soneros Kuby), stąd mówi się czasami, że obaj muzycy byli braćmi.
Był ulicznikiem, pucybutem, drobnym przestępcą. Rzucił szkołę po trzeciej klasie, zdobywając na ulicy reputację awanturnika i twardego faceta. Bardzo wcześnie zaczął grać na kongach podczas afrokubańskich ceremonii religijnych i robił to perfekcyjnie.
Był jak na swój wiek dobrze rozwinięty fizycznie i bardzo silny. Całe dnie spędzał, grając na kongach i innych bębnach, pijąc i popełniając drobne przestępstwa. Dzięki ostatniemu z nich wylądował w wieku 13 lat w poprawczaku w Guanajay. Nie ma oficjalnych dokumentów dotyczących tego przestępstwa, za które został skazany, choć wiadomo, że na jego koncie jest m.in. spowodowanie przypadkowej śmierci turystów zagranicznych, są kradzieże, napaści i najmniej przestępcze - wagarowanie. W domu poprawczym nauczył się czytać i pisać, naprawiać samochody, szlifował również swoje wyjątkowe umiejętności gry na różnych bębnach.
W tym czasie stał się też zagorzałym wyznawcą Santerii, znanej również jako La Regla de Lukumi, afrokubańskiej religii synkretycznej, mającej korzenie na ziemiach Yoruba w Nigerii, która jest mieszanką wierzeń afrykańskich i katolicyzmu. W tych czasach bóstwa Yoruba były utożsamiane z katolickimi, aby oszukać właścicieli niewolników, jak i hiszpańskich kolonizatorów, którzy zakazywali Afrykańczykom swoich praktyk religijnych. Był członkiem tajnej społeczności Abakuá Society. Chano obiecał wierność katolickiej świętej Barbarze, symbolizującej Chango, boga ognia i piorunów, który stał się osobistym Orisha Chano Pozo. To na jego cześć i znak lojalności nosił zawsze swój słynny czerwony szalik.
Po uwolnieniu z Guanajay Chano powrócił do domu ojca w Hawanie. Cecelio przekonał go, by zacząl pracować jako pucybut, ale praca tego rodzaju, biorąc pod uwagę jego temperament, nie dawała mu satysfakcji i zrezygnował z niej po niecałym roku. W 1929 roku zaczął sprzedawać gazety. Jego silny charakter i sukcesy w tej branży zwróciły uwagę właściciela gazety, wpływowego biznesmena Alfredo Suareza, który zatrudnił Chano jako swojego osobistego kierowcę i ochroniarza. Chano miał też podobno pełnić u Suareza obowiązki komornika czy, jak to określano, „łamacza nóg”. Swój wolny czas poświęcał na taniec, śpiew, walki, pogoń za kobietami i perkusję. Zaczął też komponować.
Jego reputacja z każdym dniem wyprzedzała jego nazwisko. Stał się sławny z powodu swoich utworów pisanych na karnawał dla comparsas (coś w stylu jam clubu - grupa ludzi uczestniczących w karnawale lub innych świętach jako muzycy-akompaniatorzy). W ciągu zaledwie kilku lat Pozo był najbardziej znanym i poszukiwanym rumbero na Kubie (por. conguero - osoba, która gra na kongach, wykorzystywanych zarówno jako instrument religijny, ale będących głównym instrumentem rumby), ale też jednym z najbardziej utalentowanych, o którego usługi walczyły lokalne comparsas, wygrywającym niemal regularnie nagrody pieniężne za swoje kompozycje. Jego pozycja rumbero była wówczas podniesiona do prawie mitycznych proporcji, a jego comparsa odnosiła niezwykłe sukcesy, co sprawiło że dla biednych ludzi w Hawanie stał się bohaterem legendarnym. Pozo i kilku jego kolegów muzyków napisali kompozycję, która przyniosła im pierwsze miejsce podczas karnawału w Santiago de Cuba w 1940 roku, „La Comparsa de los DANDYS", uznaną za standard wielu karnawałów Ameryki Łacińskiej.
Kuba była w tym czasie popularnym krajem turystycznym dla bogatych Amerykanów i Europejczyków, ale czarni nie mieli tam większych szans na wybicie się. Miało to związek z zakazem pracy w wielu miejscach i na wielu stanowiskach przeznaczonych tylko dla białych. Chano doświadczał dyskryminacji rasowej na Kubie od dziecka, ale postanowił przełamać barierę koloru skóry. Zaczął szukać muzyków, którzy mogliby mu pomóc w dostaniu się na przesłuchanie. Dotarł do stacji radiowej Cadena Azul, nadającej popularne nagrania i kubańską muzykę folk. Zaprzyjaźnił się wieloma muzykami, którzy tam pracowali, ale mimo, że był podziwiany za ogromny talent, kolor jego skóry wyznaczał mu miejsce w szeregu. Nie rezygnował jednak i nadal szukał jakiejkolwiek możlwiości wybicia się. Znalazł ją w osobie Armando Trinidada, właściciela Cadena Azul. Armando przekonał go, by dla niego pracował, choć tylko jako bramkarz w Cadena Azul. Wkróce jednak Chano zaczął pracować w Casino Havana jako perkusista. Poznał tam Ritę Montaner, wielką kubańską gwiazdę, z którą, jak głosi plotka, połączył go płomienny romans.
Zaczął dużo zarabiać i charakterystycznie się ubierać. Znany był z nieskazitelnie białego garnituru, kapelusza typu Fedora Borsalino, drogich eleganckich butów. Na jego piersi widoczny był masywny złoty medalion wysadzany rubinami z podobizną Świętej Barbary-Chango. Kobiety mówią, że był piękny. W swoim scenicznym, również białym, fraku i białym cylindrze wyglądał imponująco. Ten kolor ubioru na Kubie nie oznacza kaprysu czy złego smaku, nie jest także noszony z przyczyn klimatycznych. Biały kolor oznacza santo, człowieka rytualnie uświęconego.
Wkrótce Chano wyjechał do Stanów i został zaproszony do współpracy przez takie sławy jak jak Charlie Parker czy Dizzy Gillespie, odbył również tournee po Europie. Jego porywczy charakter sprawił, że 3 grudnia 1948 roku został zastrzelony w awanturze o narkotyki w Harlemie, w Rio Cafe przy Lenox i 111.
Dla rozwiania wątpliwości i po odpowiedzi na ewentualne pytania zapraszam do google, które ich udzielą, jednak... nie nauczą wrażliwości.
Zdjęcia: Internet
Zdjęcia: Internet











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz