projekt okładki: autorka
(oryginalna wygląda inaczej)
Film Laurenta Canteta z 2005 roku Vers le Sud albo Heading South albo Na południe przeszedł w Polsce kompletnie niezauważony. A to duży błąd.
Niemniej nie dziwi mnie to, ponieważ Karaiby są strasznie daleko. A nas tu w Europce nie interesuje to, co jest daleko. Ważne są problemy bliskie. To nie dziwi także.
Mnie film urzekł. Wolno mi poddawać się urokom, jeśli coś urok posiada.Tematyka „Na południe” jest w naszej szerokości geograficznej kontrowersyjna, poniekąd. Bo oto na Haiti spotykają się białe turystki w średnim wieku romansujące z młodymi chłopcami. Pisanie tutaj seksturystyka jest nie na miejscu, bo spłycamy temat li tylko do pojęcia transakcji. A ten film jest o sprawach o wiele ważniejszych.
Na przykład o kompletnym braku możliwości dla ludzi żyjących tam, którzy traktowani są serio tylko wtedy, kiedy służą. Podają do stołu, sprzątają z niego, ścielą łóżko, czy do niego wchodzą. Ale to też nie wszystko.
Film jest cichy i bardzo intymny. Spowolniony. Sfrustrowane bohaterki są na wakacjach, ale chcą czegoś więcej. Jedne wiedzą dokładnie, jakie są granice tego chcenia, inne nie mają o tym pojęcia, bo dopiero odkrywają swoje potrzeby.
Film pokazuje że zarówno te, które znają zasady i te, które je łamią, znajdują się w świecie, którego nie znają. Nic nie zależy od nich. Są jak liście palm, którymi kołysze wiatr. Mogą się poddać, albo... poddać. Bezsilne wobec narastającego dramatu, pomagają mu się jedynie zrealizować.
Możemy obserwować szczerą twarz czarnych niewolniczych służących, którzy myślą swoje, mimo że nigdy tego nie powiedzieli i nie powiedzą. Że nienawidzą białych. I chociaż muszą, albo dlatego że muszą im służyć, muszą też pamiętać tę nienawiść każdego dnia, bo jedynie ona chroni ich przed utratą resztek godności.
W tym plażowo morskim klimacie zagubieni chłopcy-kochankowie, którymi się stali nie wiadomo czy z wyboru, czy z braku innych opcji, są towarem. Można ich ocenić i wybrać odpowiedni egzemplarz. Potem wetknąć w kieszeń parę dolarów czy kupić dżinsy, koszulę, zegarek albo złoty łańcuch.
Bananowy k-raj, z bosymi dziećmi, gdzie policja nadal ma władzę absolutną, a matka chętnie odda córkę, jak zbyt ciężką walizkę komuś, kto ją rozpakuje i nie zniszczy zawartości, zatrważa. A że życie w hotelowych bungalowach różni się od tego w slumsach, nikogo przekonywać nie trzeba.
Granica pomiędzy życiem i śmiercią, ze sceny na scenę, staje się coraz cieńsza. Kamera hipnotycznie przybliża do tego, co nieuchronne. Już wiesz, że nie można uciec.
Iluzja, że można wyruszyć w podróż na kolejne rajskie wyspy, zostaja podszyta przeczuciem, że na szczęśliwe zakończenie nie ma jednak co liczyć.
Po tym, co się tutaj wydarzyło, na pewno nie.
Dla mnie ten film zawiera też pewne ogólne przesłanie, że są rzeczy, których po prostu nie wolno nam robić.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz