- Możliwe też, że zbyt długo czekam, w końcu, jak długo można nie żyć - powiedziała.
poniedziałek, 9 stycznia 2012
Znikanie
Dawno mnie nu było, zresztą... czas to pojęcie bardzo względne :) Zawsze zaniedbuję pisanie, albo wyławianie czegoś, co mi sprawia radość, kiedy jestem: chora, bardzo zajęta lub chora; Owszem to trudne do wyjaśnienia, ale teraz byłam chora i chora, a wcześniej też trochę zajęta. Czułam też, że muszę zniknąć na chwilę, potem okazało się, że znikanie mi nie służy... Cokolwiek zrobię, ufając, że to będzie dobre rozwiązanie, okazuje się po czasie jednak nie najlepszym. Hmmm... Właściwie na tym mogłabym zakończyć, może lepiej nie pisać, kiedy chciałoby się napisać wszystko albo nic? W tym leży problem, że w głowie mam pusto, wokół zamieszanie. Podobno z chaosu wyłania się ład, ale chyba już nie wierzę w tę teorię.
czwartek, 22 grudnia 2011
niedziela, 11 grudnia 2011
Musica cubana
„Cuando escucho a un gran tumbador como Armando Peraza, Mongo Santamaría, Francisco Aguabella, Tata Guines o Patato Valdés, no oigo las congas, oigo a la vida“. Carlos Santana
Musica cubana
Lubić czy nie lubić kubańską muzykę to tak, jakby wybierać lody i kręcić nosem, bo wolę czekoladowe niż owocowe. Lubienie kubańskiej muzyki nie ma nic do rzeczy, tę muzykę można czuć lub nie. Kto ją czuje, wie o czym mowa, jest też z tym czuciem prawdopodobnie szczęśliwy. Kto jej nie czuje, jego prywatna sprawa. Jej rozumienie czy analizowanie z punktu widzenia artystycznego nie ma nic do rzeczy. Ocenianie także nie. Zresztą sformułowanie kubańska muzyka jest pojęciem bardzo mylącym, zbyt wąskim lub zbyt szerokim i używanie go świadczy o nierozumieniu tematu.
Czym więc jest ta kubańska muzyka?
Odbiorca jest zawsze w tej komfortowej sytuacji, że jest odbiorcą. Nie tworzy i jego dzieło nie podlega ocenie. Sytuacja bardzo wygodna i prowadząca wielokroć do zachowań irracjonalnych. Potępić, zakładając czapkę niewidkę. Prawda, że genialny wynalazek? Zszargać. Powiedzieć, że twórca to prostak, a jego muzyka - jazgot. Będzie to świadczyło o nędzy umysłowej i uczuciowej mówiącego, bowiem nie widzieć bogactwa, nie doceniać różnorodności, odgradzać się, zamykać i izolować, to rzeczywiście nędza. Nie czuć i być głuchym, to nędza także.
Ale bądźmy sprawiedliwi. Nie każdy muzykę czuje, nie do każdego przemawia, bywa, że nie porywa. Nie każdy został tak szczodrze obdarowany, by ją rozumieć i by wzruszać się historiami, które opowiada. Możliwe, że po to, by tego doświadczyć, w ogóle trzeba mieć duszę. A Muzyka Kubańska to przecież dusza. Miłość, łańcuchy niewolników, plantacje tytoniu, modlitwa, pożądanie, czułość i łzy porzuconych kochanków. Wielkie tragedie czy małe radości, sól na ścianach domów, strach przed nieznanym, wspomnienie o tym, co zraniło serce i prośba o wolność. To muzyka, bez której nie można żyć. Tam bardziej niż tu.
Muzyka kubańska wywodzi się z rytmów niewolniczych, z bębnów, ale bęben to też nie wszystko. Są tambores, timbales, bongos, congas, bombos, tumbales, magiczne bata... Bęben to dla europejczyków słowo wyobrażające coś, co widywaliśmy w cyrku, albo na paradzie orkiestry strażackiej, może na koncercie rockowym, na Kubie – wieloznaczeniowe.
W historii, bębny miały wiele funkcji m.in. komunikacji w niektórych cywilizacjach i religiach. W niektórych kulturach w Afryce Wschodniej symbolizowały władzę królewską, ich brzmienie posiadało nadprzyrodzoną moc ochrony przed złem, chorobą i wojną.
Bębny
Tambor - bęben, werbel. Tambores to instrumenty perkusyjne z grupy membranofonów. Mogą być ze stali, mosiądzu czy pustego drewna (drążonego lub wykonywane podobnie jak beczki z klepek). Mają zwykle kształt walca z dwoma membranami na każdym końcu i wydają dźwięki o różnych wysokościach w zależności od materiału tworzącego membranę i wielkości płyty rezonansowej. Jest to szeroko rozumiany perkusyjny instrument muzyczny o różnych formach, którego dźwięk jest wytwarzany przez drgania membrany.
Timbal – kocioł. Timbal, składa się z miedzianego lub brązowego kotła, na który naciągnięta jest pergaminowa membrana przymocowana za pomocą metalowej obręczy. Należy do rodziny tom-tomów (kotły, półkotły), jednak o znacznie wyższym dźwięku. Może mieć również kształt walca. Przypomina bęben mały (werbel). Trafiły do Europy podczas wypraw krzyżowych z Afryki Wschodniej.
Congas. Conga wytwarza się na podobieństwo beczek, z drewnianych listew. W konstrukcji conga możemy wyróżnić dwa główne elementy - korpus i naciąg (naturalna lub syntetyczna skóra, przymocowana metalową obręczą). Pełny zestaw congas to w kolejności od najmniejszego: Nino, Quinto, Conga i Tumba.
Bongos. Instrument składający się zawsze z dwóch na stałe połączonych ze sobą bębenków o jednakowej wysokości korpusu i różnych średnicach. Korpus bongosów w kształcie walca lub stożka ściętego wykonany jest z klepek drewnianych, z jednostronnie naciągniętą membranę ze skóry kozła (obecnie występują naciągi z innych skór lub syntetyczne). Wysokość korpusu wynosi od ok. 14 do 20 cm, średnica mniejszego bębenka 12–15 cm, większego 16–20 cm. Współczesne bongosy zaopatrzone są w metalową obręcz i śruby naciągowe, pozwalające na regulację napięcia membrany.
Bombo. Bombos to wiekie bębny około 70 cm średnicy i 40 cm wysokości. Złożone z cylindrycznej drewnianej skrzyni zamkniętej na końcach przez dwie membrany (ze skóry lub tworzywa sztucznego) umocowane przeciwstawnymi pierścieniami, którymi można dostosować napięcie. Uderzane pałkami z korka lub filcu o dźwięku wyjątkowo głębokim i mocnym.
Bata. Bębny religijne używane w obrzędach santerii. Święte bębny mają swoje tajemnice i rytuały konstrukcji. Jest ściśle określone, kto może ich dotknąć i w jaki sposób o nie dbać. Te bębny są traktowane jak istoty żywe, mają swoje imiona (Itoteles, Iya, Okonholo) i uczucia. Osoba nie uświęcona nie może ich dotykać, a żaden bata nie może dotykać podłogi. Przybyły z Nigerii wraz z niewolnikami Yoruba około 1820-1860 r. przetrwały do dzisiaj, co świadczy o ich sile i niewykluczone, że o świętości.
Na Kubie, maleńkiej, ukrytej pomiędzy morzami, urodziło się wielu geniuszy muzycznych i zapewniam, że nie mówię wyłącznie o Buena Vista Social Club, bo akurat ich świat dostał ich na tacy od Wima Wendersa. Zostali ocenieni różnie, według kryteriów gustu, wiedzy lub niewiedzy, braku wrażliwości albo jej nadmiaru czy koloru skóry. Chano Pozo, Bebo Valdes, Arturo Sandoval, Mario Bauza, Israel „Cachao” López, Ruben Gonzalez, Paquito d'Rivera, Chucho Valdes (syn Bebo), Ramón „Mongo” Santamaria, Miguelito Valdes, Miguelito Cuní, Felix Chapotín... To nazwiska największych, najbardziej znanych, ale ci wymienieni są tylko wierzchołkiem góry lodowej. Świetnie wykształceni, przeważnie w konserwatoriach, a jeśli nie, to znaczy, że żadne konserwatoria nie były im potrzebne...
Wyjaśniam w tym miejscu, że nie mogę siebie określić znawcą muzyki, ale powiedzmy dociekliwym kubanofilem. Pozycja to niełatwa. Trzeba się uczyć, uczyć i jeszcze raz uczyć. Poznawać, dostrzegać to, co można zaakceptować i to czego nie można, również wiedzieć, dlaczego i odczuwać empatię, ale przy okazji zachowywać zdrowy rozsądek. To ogromny wysiłek. Oczywiście nie wszystko mi się w Kubie podoba, nie wszystko rozumiem, ale ten zapomniany przez wszystkich kraj, wydał w dziedzinie muzyki ludzi, którym można tylko zazdrościć ich wrażliwości, talentów i jednocześnie dziękować, że pozostawili światu swoją muzykę.
„Chico y Rita”
Kadr z filmu „Chico i Rita”
Cały ten post urodził się z dyskusji, jaka wynikła gdzieś w internecie o filmie „Chico i Rita”, kreskówce hiszpańskiej z 2010 r., produkcji Fernando Trueby i Javiera Marsicala ze studia Marsical, z muzyka m.in. Bebo Valdeza, określonej mianem dla dorosłych. Oceniono zresztą, że dla dorosłych, bo pokazano tam nagi tors mężczyzny, nagą kobietę i kilka pocałunków. Plus mnóstwo muzyki. Film został jednak niezrozumiany.
Zaczyna się od retrospekcji, podczas której stary już Chico, żyjący we współczesnej Hawanie jako pucybut, wspomina swoje życie. Spotykamy więc Chico i jego kumpla, kiedy doskonale bawią się z turystkami w nocnych klubach Hawany. Chico dostrzega Ritę, wokalistkę o niewykłej urodzie i aksamitnym głosie. Zasłuchany w niej zapomina o całym świecie i zakochuje się. To czasy na Kubie, kiedy z barów i klubów słychać jazz i rytmy karaibskie - salsę, rumbę czy merengue. Zakochani jednak nie mogą zrealizować uczucia. Chico ma dziewczynę, za którą co prawda nie przepada ale, tacy są mężczyzni... Rita, fordancerka w klubie dla białych mężczyzn, do których Kubańczycy nie mają wstępu, opuszcza więc ukochanego po temperamentnej kłótni i daje zielone światło bogatemu producentowi, który zabiera ją do USA obiecując karierę. Mówimy przecież o Hawanie lat 40., kiedy rządziła w niej amerykańska mafia, a Kubańczycy dzielili się na bogatych właścicieli fabryk i plantacji cygar, i czarnych, zawsze biednych, którzy co prawda na licznych konkursach tańca lub piosenki mogli coś wygrać (Chico i Rita wygrywają główną nagrodę w jednym z nich, otrzymują również angaż do ekskluzywnego hotelu), ale ich świetlana przyszłość zawsze pozostawała w związku z emigracją. Chico śni o swojej miłości i komponuje dla niej, ale wreszcie i on opuszcza Wyspę. W jednym z barów NY akurat gra Charlie Parker, są tam też wielki Dizzy Gillespie i Chano Pozo, legenda muzyki kubańskiej (dawny pucybut) i właśnie rodzi się be bop.
Historia banalna, jakich wiele, ale z udziałem bardzo niebanalnych ludzi. I o tym należałoby pamiętać idąc na ten film. Mam nadzieję, że dociekliwi lub zainteresowani znajdą w nim sporo przyjemności, a wszystkim innym odradzam.
Rita Montaner Chano Pozo
Muzyka kubańska od połowy lat 40. miała znaczny wpływ na rozwój jazzu w USA. Mieszanie rytmów ich łączenie, przenikanie i integracja to swoisty powrót jazzu do korzeni, ale jednocześnie zrewolucjonizowanie tego gatunku. A wszystko dlatego, że Kuba spotkała się z Afryką i jazzem w Nowym Yorku. Z tego właśnie zrodziła się niezwykła perfekcja, mająca swój początek w geniuszu Chano Pozo, o którym mówi się, iż był ojcem latynoamerykańskiego jazzu, czy giganta trąbki Dizzy Gillespie’ego i wielu innych. To wbrew pozorom nie Chano uczył się od ówczesnych sław. Gdyby nie to spotkanie, ta muzyczna integracja, która zaowocowała najbardziej spektakularnym wynikiem w dziejach współczesnej muzyki, mogłaby się nie zdarzyć, a brzmienia zachodnioafrykańskich bębnów i muzyki rytualnej zostałyby zapomniane. Dlatego legenda Chano Pozo jest tak wielka, szkoda, że znana nielicznym.
Chano
Chano Pozo, NY 1948
Luciano Pozo Gonzales, lepiej znany jako Chano Pozo, urodził się w Hawanie 7 stycznia 1915 roku. Kubański perkusista i trębacz. Był synem Cecelio Gonzaleza, pucybuta, i Carnación Pozo. Miał trzy siostry i starszego brata. Matka Chano zmarła, gdy miał 11 lat, a jego ojciec postanowił wtedy ożenić się ze swoją dawną miłością, Natalią, matką Felixa Chapotína (trębacz i jeden z wielkich soneros Kuby), stąd mówi się czasami, że obaj muzycy byli braćmi.
Był ulicznikiem, pucybutem, drobnym przestępcą. Rzucił szkołę po trzeciej klasie, zdobywając na ulicy reputację awanturnika i twardego faceta. Bardzo wcześnie zaczął grać na kongach podczas afrokubańskich ceremonii religijnych i robił to perfekcyjnie.
Był jak na swój wiek dobrze rozwinięty fizycznie i bardzo silny. Całe dnie spędzał, grając na kongach i innych bębnach, pijąc i popełniając drobne przestępstwa. Dzięki ostatniemu z nich wylądował w wieku 13 lat w poprawczaku w Guanajay. Nie ma oficjalnych dokumentów dotyczących tego przestępstwa, za które został skazany, choć wiadomo, że na jego koncie jest m.in. spowodowanie przypadkowej śmierci turystów zagranicznych, są kradzieże, napaści i najmniej przestępcze - wagarowanie. W domu poprawczym nauczył się czytać i pisać, naprawiać samochody, szlifował również swoje wyjątkowe umiejętności gry na różnych bębnach.
W tym czasie stał się też zagorzałym wyznawcą Santerii, znanej również jako La Regla de Lukumi, afrokubańskiej religii synkretycznej, mającej korzenie na ziemiach Yoruba w Nigerii, która jest mieszanką wierzeń afrykańskich i katolicyzmu. W tych czasach bóstwa Yoruba były utożsamiane z katolickimi, aby oszukać właścicieli niewolników, jak i hiszpańskich kolonizatorów, którzy zakazywali Afrykańczykom swoich praktyk religijnych. Był członkiem tajnej społeczności Abakuá Society. Chano obiecał wierność katolickiej świętej Barbarze, symbolizującej Chango, boga ognia i piorunów, który stał się osobistym Orisha Chano Pozo. To na jego cześć i znak lojalności nosił zawsze swój słynny czerwony szalik.
Po uwolnieniu z Guanajay Chano powrócił do domu ojca w Hawanie. Cecelio przekonał go, by zacząl pracować jako pucybut, ale praca tego rodzaju, biorąc pod uwagę jego temperament, nie dawała mu satysfakcji i zrezygnował z niej po niecałym roku. W 1929 roku zaczął sprzedawać gazety. Jego silny charakter i sukcesy w tej branży zwróciły uwagę właściciela gazety, wpływowego biznesmena Alfredo Suareza, który zatrudnił Chano jako swojego osobistego kierowcę i ochroniarza. Chano miał też podobno pełnić u Suareza obowiązki komornika czy, jak to określano, „łamacza nóg”. Swój wolny czas poświęcał na taniec, śpiew, walki, pogoń za kobietami i perkusję. Zaczął też komponować.
Jego reputacja z każdym dniem wyprzedzała jego nazwisko. Stał się sławny z powodu swoich utworów pisanych na karnawał dla comparsas (coś w stylu jam clubu - grupa ludzi uczestniczących w karnawale lub innych świętach jako muzycy-akompaniatorzy). W ciągu zaledwie kilku lat Pozo był najbardziej znanym i poszukiwanym rumbero na Kubie (por. conguero - osoba, która gra na kongach, wykorzystywanych zarówno jako instrument religijny, ale będących głównym instrumentem rumby), ale też jednym z najbardziej utalentowanych, o którego usługi walczyły lokalne comparsas, wygrywającym niemal regularnie nagrody pieniężne za swoje kompozycje. Jego pozycja rumbero była wówczas podniesiona do prawie mitycznych proporcji, a jego comparsa odnosiła niezwykłe sukcesy, co sprawiło że dla biednych ludzi w Hawanie stał się bohaterem legendarnym. Pozo i kilku jego kolegów muzyków napisali kompozycję, która przyniosła im pierwsze miejsce podczas karnawału w Santiago de Cuba w 1940 roku, „La Comparsa de los DANDYS", uznaną za standard wielu karnawałów Ameryki Łacińskiej.
Kuba była w tym czasie popularnym krajem turystycznym dla bogatych Amerykanów i Europejczyków, ale czarni nie mieli tam większych szans na wybicie się. Miało to związek z zakazem pracy w wielu miejscach i na wielu stanowiskach przeznaczonych tylko dla białych. Chano doświadczał dyskryminacji rasowej na Kubie od dziecka, ale postanowił przełamać barierę koloru skóry. Zaczął szukać muzyków, którzy mogliby mu pomóc w dostaniu się na przesłuchanie. Dotarł do stacji radiowej Cadena Azul, nadającej popularne nagrania i kubańską muzykę folk. Zaprzyjaźnił się wieloma muzykami, którzy tam pracowali, ale mimo, że był podziwiany za ogromny talent, kolor jego skóry wyznaczał mu miejsce w szeregu. Nie rezygnował jednak i nadal szukał jakiejkolwiek możlwiości wybicia się. Znalazł ją w osobie Armando Trinidada, właściciela Cadena Azul. Armando przekonał go, by dla niego pracował, choć tylko jako bramkarz w Cadena Azul. Wkróce jednak Chano zaczął pracować w Casino Havana jako perkusista. Poznał tam Ritę Montaner, wielką kubańską gwiazdę, z którą, jak głosi plotka, połączył go płomienny romans.
Zaczął dużo zarabiać i charakterystycznie się ubierać. Znany był z nieskazitelnie białego garnituru, kapelusza typu Fedora Borsalino, drogich eleganckich butów. Na jego piersi widoczny był masywny złoty medalion wysadzany rubinami z podobizną Świętej Barbary-Chango. Kobiety mówią, że był piękny. W swoim scenicznym, również białym, fraku i białym cylindrze wyglądał imponująco. Ten kolor ubioru na Kubie nie oznacza kaprysu czy złego smaku, nie jest także noszony z przyczyn klimatycznych. Biały kolor oznacza santo, człowieka rytualnie uświęconego.
Wkrótce Chano wyjechał do Stanów i został zaproszony do współpracy przez takie sławy jak jak Charlie Parker czy Dizzy Gillespie, odbył również tournee po Europie. Jego porywczy charakter sprawił, że 3 grudnia 1948 roku został zastrzelony w awanturze o narkotyki w Harlemie, w Rio Cafe przy Lenox i 111.
Dla rozwiania wątpliwości i po odpowiedzi na ewentualne pytania zapraszam do google, które ich udzielą, jednak... nie nauczą wrażliwości.
Zdjęcia: Internet
Zdjęcia: Internet
piątek, 9 grudnia 2011
Bang-Bang Club
Jeżeli twoje zdjęcia nie są dostatecznie dobre, to znaczy, że nie podszedłeś wystarczająco blisko
/Robert Capa, 1913-1954, fotoreporter 5 wojen, zginął w wyniku wybuchu miny/
Nie podoba mi się nazwa „Bractwo Pif-Paf”, której używa Pan Jagielski w swoim tekście w DF, w odniesieniu do Bang-Bang Club. Brzmi jak z dziecinnej wyliczanki, jakby chłopcy na podwórku strzelali do siebie z drewnianych pistolecików. Widać ich roześmiane umorusane buzie, słychać „strzelaninę”, niewidzialne kule „zabijają” tylko na chwilę, a potem można wstać i pobiec na obiad. Pamiętam, kiedy my, jako dzieci, tak właśnie się bawiliśmy. Wolę Bang-Bang Club. Tak jak w oryginale.
Spotkali się w Johannesburgu, pracowali m.in. dla „The Star”, fotografowali konwulsje apartheidu, zamieszki na przedmieściach miasta w Soweto i Thokozie podczas tzw. wojny hostelowej. Ken Oosterbroek, Joao Silva, Greg Marinovich i Kevin Carter. Wszyscy niemal w równym wieku, z lat sześćdziesiątych. Wtedy więc trzydziestolatkowie. Piękni i młodzi, żądni w gruncie rzeczy tylko dwóch rzeczy - sławy i pieniędzy. Znani na całym świecie. Ich zdjęcia publikowały wszystkie agencje i gazety. Ich.
Zdjęcia czwórki robią ogromne wrażenie. Z kilku powodów. Czasami walą obuchem, nie pozwalają zamknąć oczu, są hipnotyzująco bliskie. Podchodzili zawsze jak najbliżej, taka była ich filozofia. Jak myśliwi. Ale jak blisko można podejść na wojnie? Aż do śmierci? Dwóm z nich to się udało.
Dotknął prawdy
João Silva - żyje
João Silva, urodzony 9 sierpnia 1966 w Lizbonie. Fotograf wojenny. Pracował w Afryce, na Bałkanach, w Azji Środkowej, Rosji i na Bliskim Wschodzie. Zdobył wiele nagród, w tym World Press Photo 2005, 2006. 23 października 2010 r. został poważnie ranny podczas pracy w południowym Afganistanie, w Kandaharze. Wszedł na minę. Z urwanymi nogami cały czas robił zdjęcia. Mimo natychmiastowej pomocy lekarzy, stracił jedną nogę poniżej kolana, a drugą powyżej. Po długiej rehabilitacji, w lipcu tego roku na protezach powrócił do pracy. Wspólnie z Gregiem Marinovichem napisali książkę „Bang-Bang Club: Migawki z ukrytej wojny” na podstawie której został zrealizowany film „The Bang-Bang Club”.
- Trzeba dotknąć, żeby wiedzieć, o czym się mówi - powiadał. - To jedyna prawda i tylko to się liczy. Wszystko inne to lipa i tanie przedstawienie.
Zdjęcia
Nagle staliśmy się elitą
Greg Marinovich - żyje
Greg Marinovich, urodzony w Republice Południowej Afryki w 1962 roku, laureat nagrody Pulitzera 1991. Ranny po raz pierwszy 18 kwietnia 1994 roku podczas fotografowania zamieszek w Thokozie, na murzyńsich przedmieściach nieopodal Johannesburga. W tej samej chwili został postrzelony Ken Oosterbroek, który tego dnia nie przeżył.
Po rekonwalescencji Marinovich wrócił do pracy. Wyjeżdzał w najbardziej niezbezpieczne miejsca: do Rwandy, Kongo, Somalii, Bośni, Czeczenii, na Bliski Wschód. Był ranny jeszcze dwukrotnie, jedni uważali, że trzeba się trzymać od niego z daleka, bo przyciąga kule, a inni byli zdania, że odwrotnie, ponieważ „na szczęście” kule trafiają wyłącznie jego.
- Nagle staliśmy się elitą, uderzyło nam to do głowy, staliśmy się zarozumiali, zazdrośni - wspomina w książce.
Zdjęcia
Żeby była kara, musi być najpierw grzech
Kevin Carter - nie żyje
Kevin Carter, urodzony 13 września 1961 w Johannesburgu – popełnił samobójstwo 27 lipca 1994. Fotoreporter, laureat Nagrody Pulitzera 1994, uzależniony od narkotyków i alkoholu.
W 1993 roku Kevin Carter, który nie mógł poradzić sobie z „duchami wojny” w RPA i z narkotykami, wyjechał z Silvą do Sudanu. W buszu sfotografował sępa czekającego na śmierć umierającej z głodu, wychudzonej maleńkiej dziewczynki. Zdjęcie trafiło na pierwszą stronę „New York Timesa" i zostało opublikowane we wszystkich gazetach świata. Stało się symbolem tragicznej sytuacji Afryki dotkniętej klęską głodu. Wielu ludzi, zainteresowanych losem dziewczynki, pytało Cartera, co się stało z dziewczynką, czy pomógł dziecku? Jego odpowiedzi były sprzeczne, raz twierdził, że przepłoszył sępa, innym razem, że pomógł dziewczynce dojść do wioski... w rezultacie, jak sam później przyznał, czekał, by sęp rozłożył skrzydła, aby dodać zdjęciu więcej dramatyzmu.
- Żeby była kara, musi być najpierw grzech – powiedział do Silvy, który uznał, że za to, co robią, musi spotkać ich jakaś kara.
Z bliska...
Ken Oosterbroek – nie żyje
Ken Oosterbroek, urodzony 14 lutego 1963 - zginął 18 kwietnia 1994 r. Południowoafrykański fotoreporter, zdobywca Ilford Award (Południowoafrykański Prasowy Fotograf Roku) 1989, laureat World Press Photo 1992, założyciel Bang-Bang Club, zafascynowany wojną, przemocą i śmiercią, były żołnierz, weteran z wojny domowej w Angoli, zastrzelony podczas zamieszek w Thokozie.
W lipcu 1995 roku w Republice Południowej Afryki rozpoczęło się piętnastomięsięczne śledztwo w sprawie śmierci Oosterbroeka. Mimo przytłaczających dowodów i badań balistycznych, że jedynie siły pokojowe były na tyle blisko, aby zastrzelić Oosterbroeka, sędzia orzekł, że nikt nie można znaleźć odpowiedzialnego za jego śmierć. W styczniu 1999 roku Marinovich spotkał się z Brianem Mkhize, jednym z uczestników misji, który walczył w Thokozie w dniu śmierci Oosterbroeka. Mkhize początkowo twierdził, że odpowiedzialni byli zwolennicy Inkatha (od 1990 r. prawicowa zuluska partia zwalczająca apartheid), ale w lutym zmienił zdanie i przyznał, że z powodu strachu i paniki siły pokojowe bezmyślnie otworzyły ogień i kula, która trafiła Oosterbroeka, pochodziła właśnie stąd.
Tim Hetherington, dokumentalista: „... w Afganistanie starałem się obalić wizerunek żołnierza, który pokazują media. Chciałem pokazać wrażliwych dwudziestolatków, którzy zdają sobie sprawę z okrucieństw wojny, jednak wybrali ją, bo nie mieli nic do stracenia - ich życie w USA naznaczyłaby bieda.”
W lipcu 1995 roku w Republice Południowej Afryki rozpoczęło się piętnastomięsięczne śledztwo w sprawie śmierci Oosterbroeka. Mimo przytłaczających dowodów i badań balistycznych, że jedynie siły pokojowe były na tyle blisko, aby zastrzelić Oosterbroeka, sędzia orzekł, że nikt nie można znaleźć odpowiedzialnego za jego śmierć. W styczniu 1999 roku Marinovich spotkał się z Brianem Mkhize, jednym z uczestników misji, który walczył w Thokozie w dniu śmierci Oosterbroeka. Mkhize początkowo twierdził, że odpowiedzialni byli zwolennicy Inkatha (od 1990 r. prawicowa zuluska partia zwalczająca apartheid), ale w lutym zmienił zdanie i przyznał, że z powodu strachu i paniki siły pokojowe bezmyślnie otworzyły ogień i kula, która trafiła Oosterbroeka, pochodziła właśnie stąd.
Tim Hetherington, dokumentalista: „... w Afganistanie starałem się obalić wizerunek żołnierza, który pokazują media. Chciałem pokazać wrażliwych dwudziestolatków, którzy zdają sobie sprawę z okrucieństw wojny, jednak wybrali ją, bo nie mieli nic do stracenia - ich życie w USA naznaczyłaby bieda.”
Na bardzo znanym zdjęciu Krzysztofa Millera, polskiego reportera wojennego, zrobionym w Tokhozie w RPA 19 kwietnia 1994 r. (w dniu pierwszysh wolnych wyborów w RPA), stoi sześciu fotoreporterów. Fotografują martwego mężczyznę w czerwonych spodniach z zakrytą twarzą. Wydaje się, że dwóch z nich o czymś rozmawia, trzech kieruje obiektywy na zwłoki, kolejny patrzy na zabitego, ale jego obiektyw wycelowany jest gdzie indziej. Żaden z nich się nie pochyla ani nie zbliża.
Zdjęcia wojenne Krzysztofa Millera
środa, 7 grudnia 2011
Rozdział pierwszy
- Nie mam dzisiaj nic dla pana, panie Guodny – powiedziała gruba kobieta z okienka dla bezrobotnych, bezlitośnie przekręcając moje nazwisko.
- Goodny, jestem Goodny, niech pani sprawdzi jeszcze raz, może pomyliła pani kwestionariusze? – nie dawałem za wygraną.
- Panie Guołodny – dalej kaleczyła nazwisko – raz powiedziałam. Nie ma. A ja się nie mylę. Następny – trzasnęła okładką niebieskiego skoroszytu, rzucając mi nienawistne spojrzenie i mieląc coś mało atrakcyjnego w różowych wyszminkowanych ustach.
Zauważyłem, że żółty mundur funkcjonariuszki Urzędu Pracy był przepocony, a wsychnięte miejsca obramował biały kontur soli. Może nie mogła się umyć, albo odcięli jej wodę, pomyślałem. Zaraz jednak nadeszła satysfakcja, że jednak jest niechlujna. Mieszkałem już od pół roku na ulicy i rzadko odpuszczałem sobie codzienne mycie. No chyba że wszystkie ujęcia wody były pozamarzane. Z Urzędu Pracy poszedłem do Urzędu Pomocy. Mieli już tam moją kartotekę, od czasu, kiedy straciłem swoje życie. Najpierw żonę i dzieci, potem pracę i wreszcie dom. Założyli mi teczkę i co miesiąc dawali przedłużenie zasiłku. Mogłem zjeść codziennie ciepły obiad za 2,29 dolara, a na moim koncie pojawiało się co miesiąc 79,5 dolara zasiłku celowego na zakup żywności.
- Hejka stary! Jak leci? – przed bramą do Urzędu Pomocy ktoś klepnął mnie z całej siły w plecy. Odwróciłem się niezadowolony. Wolałem teraz nikogo nie spotykać, ale wyjścia do miasta wiązały się nieustannie właśnie ze spotykaniem. Przede mną stał Jimi. Ponad 1,92 m, ze 140 kg wagi. Jimi zadowolony, ogolony, uśmiechnięty i nieźle wyperfumowany.
- Co słychać stary? Kopę lat – ogarnął moje zmarniałe ciało ramieniem. – Aleś wychudł, chorujesz? – spytał ściszonym głosem, niemal troskliwie.
- Nie, nie. Jestem zdrów jak ryba, tylko mam... dietę – skłamałem.
- Musimy koniecznie to obgadać na jakimś lunchu, potrzebuję twojej pomocy, stary – zarechotał poklepując się po brzuchu. – No, lecę do roboty. Mówię ci, świetna fucha, powinieneś spróbować. Doradca zawodowy. Masz, wyobraź sobie, gabinecik, klienci się podpisują, a ty jak lord ciągniesz na konsultacjach za godzinkę i od głowy. No, żyć nie umierać, 30 dolców bez podatku!!! Trzymaj się stary – rzucił już przez ramię, oddalając się w aurze prawowitego członka społeczności.
W moim umyśle pojawiło się nagle milion przekleństw i złorzeczeń pod adresem Jimiego. Wymyślałem mu od tłustych eunuchów i kretynów, choć w grucie rzeczy Jimi zawinił tylko tyle, że nadal miał to, co ja straciłem. Wściekły na cały świat z całego mojego strudzonego serca tego właśnie mu życzyłem. Żeby wszystko stracił, żeby życie się na niego wypięło i żeby mógł przejść wreszcie na dietę.
Z trudem wdrapałem się na 4 piętro Urzędu Pomocy w starym budownictwie bez windy. Oskrzela domagały się powietrza. Ich przykurcz sprawiał, że mój oddech brzmiał jak przedśmiertne rzężenie, a niedotlenione serce kołatało szaleńczo, jakby zaraz miało wyskoczyć z klatki piersiowej i stoczyć się po schodach niczym tenisowa piłeczka. Oklapłem na krześle ustawionym przed drzwiami, żeby wyregulować oddech i uspokoić trochę nerwy. Próbę dojścia do siebie przerwał perlisty śmiech. Drzwi otworzyły się gwałtownie i z pokoju nr 16 wychynęła blond główka w tlenionych lokach, obciągając przeraźliwie zielony sweterek.
- Zapraszam pana – wskazała, żebym wszedł, jakby chodziło o wypicie kawy.
Podniosłem się niezdarnie i kątem oka dostrzegłem młodego meżczyznę, który przygładzając włosy i poprawiając krawat schował się w innym pokoju. Wyczułem, że coś tu iskrzy. Blond Loki usiadła za biurkiem.
- Pana nazwisko? – odezwała się szczebiotliwie.
- Goodny. Ramon Goodny – starałem się mówić wyraźnie.
Wyszperała segregator z wielkiej sterty, leżącej z jej prawej strony.
- Nadal nie ma pan pracy, panie Gołodny? – spytała z fałszywym zainteresowaniem nie podnosząc wzroku znad papierzysk i usiłując jednocześnie wygryźć skórkę przy paznokciu kciuka lewej ręki.
- Nie mam – zrezygnowany nie podjąłem walki o prawidłową wymowę mojego nazwiska.
- Hmmm, mogę panu polecić naszego Doradcę Zawodowego. Proszę, pod tym adresem, od 7.00 do 7.45 w każdy wtorek – podsunęła mi karteczkę z wykaligrafowanym kulfonami pierwszoklasisty adresem i godzinami przyjęć. – Proszę się do nas zgłosić 23 grudnia, w celu złożenia oświadczenia, ale mam nadzieję, że znajdzie pan pracę do tego czasu – wyświergotała Blond Loki czarująco przekrzywiając główkę i posyłając mi szczery biały uśmiech.
Na pożegnanie wyciągnęła przez biurko utipsowaną rączkę, a kiedy się przechyliła, mogłem podziwiać jagodowy biustonosz z podwójnym push-up, obszyty malinową lamówką i upudrowany czymś świecącym dekolt.
Wyszedłem pomstując. Po studiach, a savoir vivre’u i gustu za grosz – pomyślałem. Znowu się zagotowałem. Jak mam znaleźć pracę w dwa tygodnie?! Chyba cudem, albo musiałbym wyglądać jak ona. Wydąłem usta przedrzeźniając Blond Loki. Doradca zawodowy, prychnąłem, widząc w gabineciku oczami wyobraźni Jimiego, jak kasuje za swoją niepracę i indolencję, jako skończony wuefista, za godzinkę i od głowy. Flaki mi się wywracały. No cóż, trzeba przyznać, że nie skończyłem nawet wuefu. Przerwałem studia i papieru nie mam. Co z tego, że potrafię dobrze robić to, co robię. Hydraulik, zwłaszcza teraz, wyciąga ze trzy razy tyle, ile ja w czasach prosperity zawodowej...
Zapukałem do następnego pokoju naprzeciwko. Musiałem odebrać jeszcze abonament obiadowy do baru „Jutrzenka”. Kiedy chciałem wejść, zostałem wycofany zanim się odezwałem.
- Dzisiaj środa, nie wydajemy abonamentów, proszę przyjść jutro do 10.00 lub po 14.00 – prychnęła oburzona czarnowłosa kocica. – Jest ogłoszenie na drzwiach – wycelowała we mnie czerwonym pazurem. – Proszę się zapoznać i przychodzić wtedy, kiedy jest wskazane.
Cofnęło mnie, jakbym dostał w pysk. Zamknąłem drzwi i zacząlem studiować ogłoszenia drobne. Wśród wielu karteluszek, naklejonych niechlujnie i pobieżnie, wisiał przyszpilony pineską anons z rzeczonymi terminami. Już miałem się wycofać, kiedy na piętrze pojawiła się Kierowniczka. Ruda pięćdziesiątka w poncho i czerwonym fantazyjnym szalu zarzuconym nonszalancko na głowę.
- Aaaa, pan Gudny – powitała mnie przyglądając mi się badawczo. – Nie najlepiej dzisiaj z panem – sypnęła komplementem.
- Dzień dobry? – celowo zaakcentowałem znak zapytania na końcu. – Tak, istotnie, nie czuję się dobrze. Chciałem tylko odebrać kartki. – zawiesiłem głos, wnioskując, że to dobry znak, że mnie poznała.
- Dzisiaj nie wydajemy – zawirowała w korytarzu i zanim zdążyłem otworzyć usta, zatrzasnęła mi drzwi przed nosem.
Stałem przez chwilę oniemiały. Kiedy zebrałem się, żeby wreszcie opuścić nieprzyjazne mury Urzędu Pomocy, jak spod ziemi wyrósł przede mną zdyszany Jimi.
- Stary, co ty tutaj...? – spytał mało wyraźnie, jakby się jąkając. – Wiesz, ja tu mam sprawozdanie z doradztwa...
- A ja po kartki, ale dzisiaj nie wydają – bąknałem cicho.
Twarz Jimiego rozpromieniła się jak słońce w sierpniu.
- No co ty... Zaraz. Ja to załatwię – powiedział pewnym głosem i z impetem otworzył drzwi pokoju naprzeciwko.
- Judy, moje słońce – wziąwszy w ramiona kierowniczkę, obcałował ją serdecznie przerywając ploteczki. – Hi, Helen – rzucił w stronę kocicy. – No dziewczyny, pomóżcie mojemu kumplowi z dawnych czasów, nie każcie mu jutro biegać po te cholerne kartki, przecież widzicie, że ledwie stoi na nogach.
Bezceremonialność Jimiego wywołała lekką konsternację, ale Judy rzuciła się już do biurka.
- Jasne, Jimi, dla ciebie wszystko – uśmiechnęła się kokieteryjnie i przywołała mnie gestem dłoni.
- Ale panie Guuoodny – przeciągnęła samogłoski - to w drodze wyjątku, pan rozumie. Proszę tu podpisać - wskazała miejsce oznaczone ptaszkiem na liście kartkowiczów.
Byłem wniebowzięty. Kiedy złożyłem autograf, zielony kartonik wylądował wreszcie w mojej kieszeni. Wyszedłem tyłem, dziękując cicho i kłaniając się w pas, odprowadzany do drzwi uśmiechami obu pań, z leciutko zawstydzonym „Ależ nie ma za co, panie Gudny, nie ma za co”. Kiedy znalazłem się na korytarzu, Jimi otworzył drzwi i wychylił głowę, wyciągając prawicę na pożegnanie.
- Stary, zawsze chętnie ci pomogę, jak byś kiedyś potrzebował, wal jak w dym – wyszeptał potrząsając moją dłonią.
- Dziękuję Jimi, jestem ci naprawdę wdzięczny.
- No co ty, stary. Drobiazg. Czego się nie robi dla starych przyjaciół.
środa, 23 listopada 2011
Boli głowa
od narodowych sporów, problemów egzystencjalnych, popsutych nagrzewnic, nie zrobionych zakupów, od lęku przed zimą i starością psa, nie zapłaconych rachunków, od galimatiasu codzienności, wizyt u lekarza, od chorób własnych i cudzych, od bólu własnego i przyjaciół, od wszystkiego, czego nie wymieniłam...
od niewiary i braku nadziei
od niewiary i braku nadziei
jeśli zabieram się za cokolwiek, wychodzi tylko tak
albo tak
lub tak
mam nadzieję, że tak nie będzie zawsze...
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















