czwartek, 28 lipca 2011
Dystans
Wydawałoby się, że go posiadam i jestem raczej nieczuła na różnego rodzaju manipulacje, o których mam niejakie pojęcie, które rozpoznaję; ale co z tymi, których nie rozpoznaję i nie mam o nich żadnego pojęcia? Wtedy pewnie jestem manipulowana aż się kurzy; państwo wybaczą kolokwializmy, lubię je z pewnych powodów; otóż, są dosadne, nie występują na salonach, pozwalają także zachować właśnie to, o czym piszę. Sztywniactwo nie używa tego rodzaju wyrażeń, zabrudziłoby sobie ust maliny, przez które mogą tylko cedzić takie słowa jak: doskonały, atrakcyjny, kreatywny, elastyczny, fantastyczny, ekskluzywny, wymagający, egzotyczny, wyśmienity, sukces... Pewna grupa ludzi przestała już nawet mówić normalnie, w ich wypowiedziach roi się od frazesów, podczas ich spotkań wypada lub nie wypada wysuwają się na czoło(bitność). Kiedy patrzę na tego rodzaju ekwilibrystyki, ogarnia mnie przerażenie i zastanawiam się, czy jestem już taka sama...Taki styl lansują media, głównie nasza telelelewizja (w tym słowie nie ma błędu). Cóż, pozostaje tylko dokonać wyboru. Mój jest taki: nie będę rozmawiała o tryndach w modzie, bo mnie to wkurza i uważam to za stratę czasu, nie będę wyrażała się w sposób nowomowowy, czyli wyżej przedstawiony, w stylu pełnym anglizmów, słów bez treści, nie będę naśmiewała się z ludzi, którzy żyją jeszcze spokojnie i normalnie, tylko dlatego, że nie zrobili żadnego biznesu i nie spędza im snu z powiek rysa na lśniącej karoserii... Na początek wystarczy, a resztę tego, czego nie będę, można sobie domyśleć. Co zatem będę? Będę podtrzymywała swój punkt widzenia, który sięga dalej niż tylko czubek mojego nosa, będę interesowała się innymi ludźmi z ciekawości i chęci ich poznania, nauczenia się od nich czegoś, będę obstawała przy swoim, że inny jest dokładnie taki jak ja, bez względu na przykład na kolor skóry (vide eksperyment zatytułowany "Niebieskoocy" - film dostępny na youtube), będę starała się zrozumieć inność. Wiem, że by to osiągnąć, będę się uczyć, uczyć i uczyć... I wcale się tego nie wstydzę, nie przeraża mnie to. A po co? Żeby z czystym sumieniem, schodząc z tego padołu, zamknąć oczyska i westchnąwszy po raz ostatni powiedzieć sobie w głębi gasnącego ducha: moje życie było trudne i piękne, jestem spełniona. Bo tylko tak można tego dokonać, wejść na Mount Everest? Proszę bardzo, wchodzę, ale to wyłącznie mój Mount Everest, prywatny, własny, a jeśli go zdobędę, nikt się o tym nie dowie. Żadna telelelewizja nie zrobi ze mną wywiadu, żadna gazeta o mnie nie napisze... Czy to ma znaczenie? Otóż właśnie, nie ma! :) A świat, wypełniony wykształconymi ignorantami, po mnie jeszcze się trochę pokręci... To też bez znaczenia, i dla mnie i dla niego.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz