Już wiem, dokąd na pewno nie pojadę. Skąd mogę to wiedzieć na pewno? Z doświadczenia i pewnego zasobu znanych mi faktów, które pozwalają mi podjąć taką decyzję.
Zacznijmy od najbardziej spektakularnego miejsca, do którego chcą pojechać niemal wszyscy. Od Ameryki.
Fot. Internet źródło
Na pewno tam nie pojadę. Pierwszy powód jest banalny - bo byłam - w ciągu trzech tygodni obserwowałam kilka stanów dość pobieżnie, ale również uważnie. Zobaczyłam bezkresne niebo i przestrzeń, wspaniałości przyrody... Jednak człowiek nie żyje bezkresem nieba ani przyrodą. Człowiek żyje w świecie zabudowanym, stechnicyzowanym, ułożonym, obserwując to, na co zwróciłam uwagę, spoza szyb domu, biura, samochodu. Głównie zaś z samochodu. Wstać, wykonać zabiegi higieniczne, zjeść, pojechać do pracy, wrócić z pracy, pojechać na obiad, wrócić do pracy, znowu pojechać... i tak w kółko. Dom, motel, bar, samochód... To moja Ameryka. Nie wnikałam w szczegóły, bo.... ich nie było. Ogół mnie nie zachwycił. Wygoda nie jest podniecająca ani twórcza. Nie wywołuje niczego poza kolejnym pragnieniem wygody i rutyny, działa jak cichy morderca, zabijający minuta po minucie wyobraźnię, zachwyt, każde pragnienie. Więc nie pojadę do Ameryki. Bo nie interesuje mnie życie w miejscu, w którym ukryto to, co prawdziwe i wartościowe, wylewając na to wodospady coca-coli i zasłaniając górami papierków po hamburgerach. Metaforycznie.
Fot. Internet źródło
Fot. Internet źródło
Przejdźmy do Europy. Nie jestem zainteresowana również Paryżem, stalową konstrukcją ogólnie podziwianą, bo nie mam potrzeby wdrapywać się na tego brzyda, żeby zjeść na górze potwornie drogą kolację. Glamour mnie nie bierze. Mam gdzieś Londyn, bezgranicznie smutne, brudne miasto, szybkie, zakorkowane, z przemykającymi po ulicach legalnymi albo nielegalnymi emigrantami.
I to tyle z Europy, dumnej wiktoriańskiej damy, z grubo upudrowaną twarzą, na której w dalszym ciągu można dostrzec żal, że za hotele w dawnych koloniach trzeba teraz płacić grubą kasę. Każda próba jej odmładzania, kończy się niepowodzeniem. Nie pomogą amerykański bankowy botoks ani brukselska liposukcja czy lifting. Starość, zniedołężnienie i śmierć są nieuchronne. Następcy, dzięki wpajanej przez wieki wierze, usiłują tego nie zauważać, zachowują się jakby nigdy nic. Wypełniają swoimi postaciami miliony biurowych pokoików i... robią „coś ważnego”.
Fot. Internet źródło
Nie pojadę na pewno na Daleki ani Bliski Wschód, magia tej bajki już nie działa. Szlachetne Indie pełne korzennych przypraw to mit. W kraju nieletnich wdów i prostytutek Bollywood zakłamuje obraz rzeczywistej nędzy i rozpaczy. Wspaniałe hotele dla Białych, kolorowe spektakle i przejażdżki na słoniach z girlandami kwiatów na piersi są wyrzutem sumienia i powodują niestrawność. Oglądać Taj Majal i płakać nad losem umierających na ulicach, których nie można ocalić. Gdybym tam pojechała, umarłabym ze wstydu.
Fot. Internet źródło
Nie pojadę też do Afryki. Afrykę... chciałabym przytulić i zanucić kołysankę wszystkim dzieciom bez rodzin i zabawek, wszystkim dzieciom bez jedzenia i ubrań, wszystkim dzieciom bez szkół i książek, z karabinami w dłoniach. Wszystkim dzieciom, które zgwałcono i zmuszono do zabijania.
Nie pojadę tam, gdzie panoszą się przemoc, mafie i gangi, gdzie wre niewolnicza praca dla zachodnich koncernów, gdzie życie ludzkie nie jest warte kuli, która je odbiera...
Czy to znaczy że nie pojadę już NIGDZIE?!
W tym kontekście zawsze niepomiernie dziwią mnie ludzie, którzy dzwonią do biur podróży i organizują swoje egzotyczne wakacje w najlepszych hotelach, za najlepsze pieniądze i skuszeni kolorowymi reklamami spędzają je bez świadomości, że tuż za murem, w favelach, właśnie trwa wojna...
I to jest realny Matrix. Rozleniwionym kanikułą urlopowiczom bezszelestna obsługa przychyla nieba, piloci wożą ich do niezwykłych miejsc, animatorzy organizują zapierające dech w piersiach spektakle... Turyści spotykają dzikie plemiona, kupują obiady dla głodujących Etiopczyków w Addis Abebie, pokonują wiszące mosty w tropikalnych lasach, zbierają kawę na zboczach kolumbijskich plantacji, przeprawiają się pirogami albo canoe przez amazońską dżunglę, kupują kubańskie cygara i rozkoszują się widokiem Machu Picchu... Realizują swoje marzenia i podróże życia, w efekcie czego wszyscy nieźle zarabiają, ale... w kieszeni zawsze tkwi bilet powrotny.
Pozdrawiam biura podróży, z których usług nie skorzystam chyba że zorganizują prawdziwe wakacje. Ktoś chętny ???





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz