Jesień zawsze domaga się gruntownych porządków przed zimą. Przygotowania do snu... Dla mnie zima mogłaby w ogóle nie istnieć. Nie znoszę zimna, marznięcia, przemakania, zacinania zmrożonymi kulkami śniegu po policzkach. Ale nie o tym... Ma być o praniu i porządkowaniu.
Ta czynność ma ogromne znaczenie. Porządki w najbliższym otoczeniu to nie tylko czyste mieszkanie, ład na półkach, łatwość znalezienia niezbędnych drobiazgów, to także porządek wewnątrz.
Może przede wszystkim chodzi o „wewnątrz”.
Razem ze śmieciami wyrzucam więc to, co niepotrzebne. Swary i zwady, nieporozumienia... Nie zamierzam obciążać swojej ślicznej główki stresem. Tym samym daję miejsce i pole do popisu nowemu i przygotowuję miejsce dla rzeczy, drobiazgów, podróży, sytuacji i ludzi... Oby pozytywnych.
Po pierwsze segregowanie ubrań: pochowanie letnich, odświeżenie jesienno-zimowych i wyrzucanie tych, których na pewno nie potrzebuję. Pozbywam się znoszonych dżinsów, wielokroć cerowanych, które „jeszcze mogłyby się przydać”. Nie mogłyby i się nie przydadzą, będą mnie tylko wkurzać, bo ilekroć wyciągnę je z pralki, będę myślała, że muszę je... zszywać!
To taka złudna nadzieja, że mogłoby być tak samo jak wczoraj, przedwczoraj albo rok temu. Próba zatrzymania życia i tego co nieuchronne - zmian.
Szafki trzeba wymyć i wywietrzyć, ubrania starannie poskładać, pogłaskać, dać im energię na nadchodzące dni. Trzeba zajrzeć wszędzie, w każdy najciemniejszy kąt, wpuścić tam powietrze i resztki słońca, wywalić stare gazety, puste słoiki, nie dokończone pasty do zębów, kawałki mydła, mnóstwo odciętych od ubrań metek, które zawsze tak potwornie drapią. Do wielkiego wora zebrać wszystkie zepsute rzeczy. Bez żalu wywalić pęknięte talerze, pokrzywione łyżki i widelce, kubki bez ucha, choćby ukochane, zdezelowane noże, obluzowane lusterka, buteleczki po perfumach, stare szczoteczki do zębów, wieloletnie tusze do rzęs, podarte skarpetki...
A potem?
Potem to już raj, można kruszyć, nieustannie się przebierać, obserwować z zaciekawieniem wzór, jaki zostawia ściekająca na czysty parapet kropelka kawy z filiżanki bez spodeczka... Czysta zabawa, bez nerwów i ciągłego biegania ze szmatką, bez stresu, że było czysto i się nabrudziło. W końcu żyjemy i trudno upominać się o utracone dziewictwo :)
Nie ma szczęścia w czystym mieszkaniu, szczęście jest w czystych NAS.
PS. Zapalenie płuc złapane za pysk w momencie pierwszych prób namieszania w organizmie, nagrzewnica nie cieknie bo została zalutowana, a Święty Mikołaj przyszedł w tym roku wcześniej. Mam nadzieję, że nie pominie mnie podczas sezonu.
Monsunowe pranie, rzeka Daya, Indie
Fot. Rout Biswaranjan / AP

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz