Już po sylwestrze. Po wybuchach, fajerwerkach, pijaństwach. Wreszcie cisza i spokój. Cała ta zadyma w końcu roku jest nie na moje nerwy. Wydawałoby się, sensowni umysłowo ludzie, jak zahipnotyzowani akurat tego wieczoru dostają małpiego rozumu i szaleją do upadłego przy okazji nierzadko zalewając się w trupa... Ale... dzięki bogu już środa i wracamy grzecznie do pracy, co oznacza również, że i do normalności. Po nocy sylwestrowej zostały bajzel na ulicach i wspomnienie kasy puszczonej z dymem... Niestety, bardzo smutne jest to, że tylko przez 362 dni. Potem, aż do końca świata, cały ten cyrk powtórzy się jeszcze po wielokroć.
Nie cierpię sylwestra równie mocno jak innych podobnych okazji, co do których zostaliśmy przekonani, że musimy robić coś wtedy i tylko wtedy, kiedy wszyscy inni to robią, a nie wtedy kiedy nam się chce!


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz