Dlaczego zwykle z końcem roku
przychodzi taki czas, że wszystko jest trudne, albo nawet trudniejsze... Kiedy
kończy się Stary a zaczyna Nowy, zawsze tylko po to, żeby znowu stać się
Starym, czuję się oszukana.
Znowu nie sprzyja pogoda, znowu
po ulicach nie da się chodzić... Widoczność maleje, przyczepność do podłoża
spada, a wszyscy odpowiedzialni nagle zapominają, że spadnie śnieg, jakby cały
rok żyli na równiku a nie w strefie umiarkowanej. Za to przygotowują zgoła
odmienne atrakcje. Do kupienia za 'złotówkę' jest niemal wszystko, w promocji
za 'zero' złotych następna część wszystkiego, wtedy i tylko wtedy konieczny
jest nowy mebel, komputer, telewizor, dywan, płaszcz, nowe buty, fryzura,
paznokcie, cokolwiek... Szał.
A mnie ogarnia wtedy... patologia
świąt Bożego Narodzenia. Zima, nawet piękna, biała, skrząca się diamentowym
połyskiem, wcale nie cieszy, kolorowe reklamy zżerają moją energię jak baśniowe
smoki i powodują niechęć... Przed oczami mam wizję urobienia po łokcie rąk w
ferworze świątecznych przygotowań, mycia okien, trzepania dywanów, polerowania
mebli, uganiania się za karpiami, a potem stania po 10 godzin w kuchni, żeby
wszystko obrać, ugotować, wysmażyć, pięknie przybrać... I paść.
Nie cierpię zakupów, w tłoku i
ścisku, kiedy wszyscy dostają amoku, żeby koniecznie zaopatrzyć dom we WSZYSTKO
w podwójnej albo poczwórnej ilości promocyjnej.... Od świątecznych promocji
robi mi się niedobrze. W blichtrze i glamurze reklamowych złoto-czerwonych
gazetek, telewizyjnych spotów, 'szalenie eleganckich' wystaw czuję się jak... w
bagnie. Mam wrażenie, że jestem szczurem w labiryncie, nie mam wyjścia, jestem
zmuszona do tego wszystkiego, co powinnam i muszę z tej corocznej okazji
zrobić. Do brodzenia w grzęzawisku pomysłów na ubranie choinki, przybranie stołu,
pakowanie prezentów... Do wysłuchania niezliczonych medialnych opowieści o
'magii świąt', co roku... tych samych.
Te Święta, tak rodzinne i
bliskie, tak kiedyś ciche i spokojne, ciepłe, już dawno utonęły w rwącym
wodospadzie chciwości, obżarstwa, głupoty i pychy.
Zanim nadejdzie tegoroczna
Wigilia, zdążę się tym wszystkim tak bardzo zmęczyć, że najchętniej zasnęłabym
na kolejny rok włącznie ze świętami. Chciałabym przespać te i wszystkie
następne święta, wyjechać gdzieś, gdzie ich nie ma, żeby nie patrzeć na to, co z
nich zrobiliśmy...
Kiedyś... były prawdziwe, teraz
27 grudnia zostaje tylko kac leczony głośnymi wystrzałami fajerwerków, które
nie milkną do 2 stycznia... Coś zagłuszają?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz