poniedziałek, 27 grudnia 2010

Wrócę


Wrócę na pewno, wiem, cokolwiek ... wrócę

Oby się spełniło


...

Ściskała go pieczołowicie, przytulała do piersi, brzucha. Właściwie znalazł się tam, skąd kiedyś przybył. Przecież w taki sposób przyszedł na świat. Matka trzymała go w swoich dłoniach. Ochraniała przed zimnem, wiatrem i śniegiem. Jakby to właśnie było najważniejsze. Padające na dłonie światło wydobywało ich przenikliwie chłodny odcień nie pasujący do jaskrawego mahoniu. Pochylała się nad nim. Włosy wysunęły się spod kaptura i spadły na policzek. Osłaniała go jak pisklę, jak bochen chleba, jeszcze ciepłego, żeby zabezpieczyć przed nieprzewidzianym. Przed krzywdą. Był ważny. Najważniejszy. Solidnie zaśnieżone alejki nie pozwalały swobodnie się poruszać. Ledwie można było postawić stopę pomiędzy podmurówkami. Śnieg wsypywał się do butów, za kołnierze, pokrywał włosy, oszraniał twarze. Wzrok prześlizgiwał się po białych zaspach, białym niebie i ciemnych bezlistnych gałęziach, przypominających rysunek węglem. Rozproszone stadko zebranych z wtulonymi w swetry i szaliki nosami nie miało twarzy. Niewielki tłumek ze wzrokiem skierowanym w tę samą stronę. Bo wszyscy patrzyliśmy na nią. Na wyrzeźbione nocami lęku podkrążone oczy, czarny kożuch i ten kontrast. Małą skrzynkę w kolorze mahoniu. Może ktoś pomyślał, że nie założyła czapki, albo, że nie ma siły, by stać. Jej drobna sylwetka wyglądała nierealnie, jak cały obraz. Czarno-białe zdjęcie, zatrzymane w kadrze przelatujące ptaki i cisza. Trzeba było zachować ostrożność i patrzeć pod nogi, żeby się nie poślizgnąć. Trzeba było mieć czysty umysł, by zaobserwować jak go głaskała. Bo tak właśnie zrobiła, mimo, że dłonie obejmujące syna, nawet nie drgnęły. Trzeba było nie wiedząc nic, wiedzieć wszystko i starać się koncentrować wzrok na czymkolwiek. Tylko nie na niej. Może na piaskowym długim kożuchu kogoś odwróconego plecami albo na sznurowanych długich botkach, czy na tym, jak zmienił się ktoś, kogo nie widziało się bardzo, bardzo długo. Może należało nawet zastanawiać się, kim jest ta dziewczyna z kruczymi włosami i mocnym makijażem. Ładna. Byle tylko nie widzieć tej intymności, odkrytej i wystawionej na widok. Właściwie nikogo poza nimi nie powinno tam być. Obraz oddałby wtedy podstawową zasadę ich związku. Połączenie absolutne, nie do zerwania, nie wymagające potwierdzeń. Miłość bez zastrzeżeń, wybaczającą wszystko, bez względu na to, jakiegokolwiek grzechu dopuściłoby się którekolwiek z nich. Obecność innych stanowiła więc dysonans. Była wyrwanym z pianina klawiszem. Niezawinionym przypadkiem w zupełnie innych planach. Powinnością, za którą tego, do którego wznoszono słowa, można by okrzyknąć sprawcą. We wniosku zaistnieje więc potrzeba określenia tej obecności niepożądaną dokładnie w tym samym stopniu jak konieczną. Brak tu więc dylematu, istnieje jedynie następstwo.

Prawie...


Prawie skończył się rok... Kolejny. Nie bardzo wiem, jaki będzie następny, ale wiem, że czeka mnie wiele... Jaki był ten, który się prawie skończył? Dziwny i mogłabym powiedzieć z całą odpowiedzialnością, że obfity. Ale nie tak jak się wydaje, nie był rogiem obfitości, nie dał zbyt wiele, część zabrał... Obiecał i pokazał potem figę z makiem. Dlaczego? Dlaczego Havana, dlaczego koniec marzeń, dlaczego jakiś powrót, dlaczego Ameryka, Hawaje, stres, samoloty, lotniska, dlaczego mała mahoniowa skrzynka i cała reszta, święta... i koniec, i początek. Czego? Dlaczego tęsknota, tak ogromna jak ocean, tak bolesna. Czemu służy, czego uczy? Jak żyć? Nie rozumiem tego roku... Nie wiem, co robić, ale nie zrezygnuję, potem nie byłoby już po co... Nie podoba mi się, tak bardzo mi się nie podoba, że boję sie jak diabli. Więc czeka mnie walka, czeka mnie mnóstwo pracy, jestem zawzięta i wkurzona, lepiej mnie więcej nie drażnić. Teraz ja mówię: Koniec z bajzlem! I ma być jak ja chcę!
Tęsknię za tobą Kochanie, wiem, że się spotkamy, bez Ciebie nic nie ma sensu. Nie wiem dlaczego, ale to mnie nie interesuje. Czekaj na mnie, przyjadę i zostanę. Już cię nie opuszczę. Nigdy. Potrzebuję Cię jak powietrza, zimno mnie zabija...

środa, 27 października 2010

Szara rzeczywistość


Dzień spędziłam do południa na załatwianiu niezałatwialnego :) choć trochę jednak się poprawiło... rachunek za gaz opłacony, stan licznika doniesiony gdzie trzeba, mięso w promocji zakupione i zamrożone, parapet posprzątany... zostało jeszcze sporo, a jakoś to, co się załatwiło, nie chce odejść w niepamięć, tylko już zaczyna nadchodzić w następnej turze :) kolejny miesiąc, kolejne rachunki i czasem mam wrażenie, że to się nigdy nie skończy, a chciałabym, chciała... z oszczędności pewnie nie ugotuję dzisiaj obiadu, może jutro, zawsze to jeden dzień przyhamowany z wydatkami, tylko... jak długo da się hamować? więc jak widać, kryzys jest wszędzie, a zima nie zamierza poczekać w tym roku na przyszły, tylko się niestety zbliża i straszy swoim mroźnym oddechem, żeby getry, rękawiczki, buty, koc i kurtkę kupować, bo będzie zimno.... oj będzie, a jak raz to, co wspomniane wyszło i nie ma, wydarło się, rozdziawiło, bęc... zlecenia powolutku nadchodzą, więc i grosz będzie, ale jak na razie wznoszę modły Kubusia Puchatka, panie Boże spraw, by mi się tak chciało, jak mi się nie chce... bo kocham pracować, przekocham, tylko na razie jestem jeszcze w fazie rozmyślań, kiedy zakończę rozmyślania i zmyję podłogę w kuchni, mam nadzieję, stanie się cud i wróci chęć do harowania... pokładam nadzieję w sobie, że wrócą pomysły, wyobraźnia się odnajdzie i odbuduje, bo ostatnio się gdzieś zapodziała, tak jak i ja się zapodziałam... odnajduj się dziewczynko, prędziutko, czas na życie, nie wolno schnąć na jesień i hibernować się na zimę, nie jesteś przecież Misiem, który może w gawrze przespać sezon... choć tak o tym marzysz... jeśli już nic nie skutkuje, uśmiecham się do moich myśli i powtarzam: będzie dobrze, choć z wiarą w to sformułowanie kruchutko, oj, kruchutko... po listopadzie i czasie świeczek, nadejdzie białe uspokojenie, może ukojenie, może zwolnienie tempa, a potem wszystko znowu wybuchnie i zakręci do czynienia, zachęci, żeby zachwycać się... ale to dopiero za jakiś czas, więc póki co się troszkę boję, co ja mówię, boję się na 101%, nawet bardziej i nie bardzo wiem, co zrobić, żeby przestać... dwa dni temu postanowiłam nie myśleć, tylko robić, ale jakoś przychodzi z trudem :)

wtorek, 26 października 2010

Seks w wielkim mieście, czyli cytat z Carrie Bradshaw :)

Niektórych kobiet nie da się poskromić. One potrzebują biegać na wolności dopóki nie znajdą kogoś tak dzikiego, aby biegał z nimi...

Dawno


Dawno mnie nie było, może miałam inne zajęcia, może zaniedbałam bloga... nie wiem. Wydaje się, że właśnie wróciłam i chcę kontynuować. Pisanie do siebie jest trochę dziwne, ale są jakieś powody, dla których wielu ludzi to robi. Czasem myślę, żeby zacząć wszystko od nowa, skasować i zacząć inne, ale przecież nagle pojawia się chęć przywrócenia tego, co skasowane... Nie da się rozdzielić jednego od drugiego, życia od wspomnień, podróży od ludzi, zdjęć od przemyśleń... no nie da się, wszystko jest z sobą połączone, więc najlepszą rzeczą jest kontynuacja, świadoma i konsekwentna, bo przecież z tego układa się moje życie, całość.. Jak bym robiła sweter, albo serwetkę, oczko po oczku, kolejny rząd, gdzieś supeł... przybywa kolejnych dni i przybywa zdarzeń, z tego tworzy się ta wspaniała tkanina, której wzór czasem pozwala kołysać się łagodnie, a czasem przeraża, jak zły sen...
Jeśli więc porządkowanie, należałoby wyjaśnić tę przerwę
W czerwcu odeszłam z firmy po kilku miesiącach zaciskania zębów i znoszenia fanaberii chlebodawców. Sic! Tutaj wyjaśnienia są zbędne, choć spowodowało to zawirowania i skoncentrowanie się na poszukiwaniach nowych źródeł utrzymania. Częściowo było trudno, ale poradziłam sobie, mam też w tej materii nadzieję na coraz lepsze rozwiązania.
Kolejnym projektem były wakacje. Na zaproszenie. Wymyślone przez kogoś, w kierunku, którego nie planowałam, który był mi od zawsze obcy, z jednym wyjątkiem :) Pojechałam. Ale wakacje mają to do siebie, że zwykle się kończą, więc wróciłam.
Te dwa bloki tematyczne, zmiany w pracy i wakacje sprawiły, że chwilowo wyłączyłam się z normalności zapisywania wrażeń. Zaniedbałam blogowanie, co zamierzam natychmiast, gwałtownie zmienić :)
Potrzebuję chyba pewne rzeczy uporządkować, wypisać je, zobaczyć zdarzenia z perspektywy słów, pozamykać rozdziały i przejść do nowego w moim życiu. Nie oznacza to, że życzę sobie podkreślać cokolwiek czerwoną grubą krechą... Po prostu przyszła pora się rozliczyć, posprzątać w szafach i wpuścić trochę świeżego powietrza.