sobota, 29 września 2012
Pora na... pranie
Jesień zawsze domaga się gruntownych porządków przed zimą. Przygotowania do snu... Dla mnie zima mogłaby w ogóle nie istnieć. Nie znoszę zimna, marznięcia, przemakania, zacinania zmrożonymi kulkami śniegu po policzkach. Ale nie o tym... Ma być o praniu i porządkowaniu.
Ta czynność ma ogromne znaczenie. Porządki w najbliższym otoczeniu to nie tylko czyste mieszkanie, ład na półkach, łatwość znalezienia niezbędnych drobiazgów, to także porządek wewnątrz.
Może przede wszystkim chodzi o „wewnątrz”.
Razem ze śmieciami wyrzucam więc to, co niepotrzebne. Swary i zwady, nieporozumienia... Nie zamierzam obciążać swojej ślicznej główki stresem. Tym samym daję miejsce i pole do popisu nowemu i przygotowuję miejsce dla rzeczy, drobiazgów, podróży, sytuacji i ludzi... Oby pozytywnych.
Po pierwsze segregowanie ubrań: pochowanie letnich, odświeżenie jesienno-zimowych i wyrzucanie tych, których na pewno nie potrzebuję. Pozbywam się znoszonych dżinsów, wielokroć cerowanych, które „jeszcze mogłyby się przydać”. Nie mogłyby i się nie przydadzą, będą mnie tylko wkurzać, bo ilekroć wyciągnę je z pralki, będę myślała, że muszę je... zszywać!
To taka złudna nadzieja, że mogłoby być tak samo jak wczoraj, przedwczoraj albo rok temu. Próba zatrzymania życia i tego co nieuchronne - zmian.
Szafki trzeba wymyć i wywietrzyć, ubrania starannie poskładać, pogłaskać, dać im energię na nadchodzące dni. Trzeba zajrzeć wszędzie, w każdy najciemniejszy kąt, wpuścić tam powietrze i resztki słońca, wywalić stare gazety, puste słoiki, nie dokończone pasty do zębów, kawałki mydła, mnóstwo odciętych od ubrań metek, które zawsze tak potwornie drapią. Do wielkiego wora zebrać wszystkie zepsute rzeczy. Bez żalu wywalić pęknięte talerze, pokrzywione łyżki i widelce, kubki bez ucha, choćby ukochane, zdezelowane noże, obluzowane lusterka, buteleczki po perfumach, stare szczoteczki do zębów, wieloletnie tusze do rzęs, podarte skarpetki...
A potem?
Potem to już raj, można kruszyć, nieustannie się przebierać, obserwować z zaciekawieniem wzór, jaki zostawia ściekająca na czysty parapet kropelka kawy z filiżanki bez spodeczka... Czysta zabawa, bez nerwów i ciągłego biegania ze szmatką, bez stresu, że było czysto i się nabrudziło. W końcu żyjemy i trudno upominać się o utracone dziewictwo :)
Nie ma szczęścia w czystym mieszkaniu, szczęście jest w czystych NAS.
PS. Zapalenie płuc złapane za pysk w momencie pierwszych prób namieszania w organizmie, nagrzewnica nie cieknie bo została zalutowana, a Święty Mikołaj przyszedł w tym roku wcześniej. Mam nadzieję, że nie pominie mnie podczas sezonu.
Monsunowe pranie, rzeka Daya, Indie
Fot. Rout Biswaranjan / AP
sobota, 22 września 2012
Osobiście
Fot. Internet
Aktualizacja :)
Po co kopać się z koniem ???
Koń, jaki jest, każdy widzi, jest większy i silniejszy.
Rację miał pewien śp. pisarz: „Szczęście to dobre zdrowie i zła pamięć...” K.V.
Aktualizacja :)
Po co kopać się z koniem ???
Koń, jaki jest, każdy widzi, jest większy i silniejszy.
Rację miał pewien śp. pisarz: „Szczęście to dobre zdrowie i zła pamięć...” K.V.
niedziela, 16 września 2012
Dokąd nie pojadę, czyli pozdrowienia dla biur podróży
Już wiem, dokąd na pewno nie pojadę. Skąd mogę to wiedzieć na pewno? Z doświadczenia i pewnego zasobu znanych mi faktów, które pozwalają mi podjąć taką decyzję.
Zacznijmy od najbardziej spektakularnego miejsca, do którego chcą pojechać niemal wszyscy. Od Ameryki.
Fot. Internet źródło
Na pewno tam nie pojadę. Pierwszy powód jest banalny - bo byłam - w ciągu trzech tygodni obserwowałam kilka stanów dość pobieżnie, ale również uważnie. Zobaczyłam bezkresne niebo i przestrzeń, wspaniałości przyrody... Jednak człowiek nie żyje bezkresem nieba ani przyrodą. Człowiek żyje w świecie zabudowanym, stechnicyzowanym, ułożonym, obserwując to, na co zwróciłam uwagę, spoza szyb domu, biura, samochodu. Głównie zaś z samochodu. Wstać, wykonać zabiegi higieniczne, zjeść, pojechać do pracy, wrócić z pracy, pojechać na obiad, wrócić do pracy, znowu pojechać... i tak w kółko. Dom, motel, bar, samochód... To moja Ameryka. Nie wnikałam w szczegóły, bo.... ich nie było. Ogół mnie nie zachwycił. Wygoda nie jest podniecająca ani twórcza. Nie wywołuje niczego poza kolejnym pragnieniem wygody i rutyny, działa jak cichy morderca, zabijający minuta po minucie wyobraźnię, zachwyt, każde pragnienie. Więc nie pojadę do Ameryki. Bo nie interesuje mnie życie w miejscu, w którym ukryto to, co prawdziwe i wartościowe, wylewając na to wodospady coca-coli i zasłaniając górami papierków po hamburgerach. Metaforycznie.
Fot. Internet źródło
Fot. Internet źródło
Przejdźmy do Europy. Nie jestem zainteresowana również Paryżem, stalową konstrukcją ogólnie podziwianą, bo nie mam potrzeby wdrapywać się na tego brzyda, żeby zjeść na górze potwornie drogą kolację. Glamour mnie nie bierze. Mam gdzieś Londyn, bezgranicznie smutne, brudne miasto, szybkie, zakorkowane, z przemykającymi po ulicach legalnymi albo nielegalnymi emigrantami.
I to tyle z Europy, dumnej wiktoriańskiej damy, z grubo upudrowaną twarzą, na której w dalszym ciągu można dostrzec żal, że za hotele w dawnych koloniach trzeba teraz płacić grubą kasę. Każda próba jej odmładzania, kończy się niepowodzeniem. Nie pomogą amerykański bankowy botoks ani brukselska liposukcja czy lifting. Starość, zniedołężnienie i śmierć są nieuchronne. Następcy, dzięki wpajanej przez wieki wierze, usiłują tego nie zauważać, zachowują się jakby nigdy nic. Wypełniają swoimi postaciami miliony biurowych pokoików i... robią „coś ważnego”.
Fot. Internet źródło
Nie pojadę na pewno na Daleki ani Bliski Wschód, magia tej bajki już nie działa. Szlachetne Indie pełne korzennych przypraw to mit. W kraju nieletnich wdów i prostytutek Bollywood zakłamuje obraz rzeczywistej nędzy i rozpaczy. Wspaniałe hotele dla Białych, kolorowe spektakle i przejażdżki na słoniach z girlandami kwiatów na piersi są wyrzutem sumienia i powodują niestrawność. Oglądać Taj Majal i płakać nad losem umierających na ulicach, których nie można ocalić. Gdybym tam pojechała, umarłabym ze wstydu.
Fot. Internet źródło
Nie pojadę też do Afryki. Afrykę... chciałabym przytulić i zanucić kołysankę wszystkim dzieciom bez rodzin i zabawek, wszystkim dzieciom bez jedzenia i ubrań, wszystkim dzieciom bez szkół i książek, z karabinami w dłoniach. Wszystkim dzieciom, które zgwałcono i zmuszono do zabijania.
Nie pojadę tam, gdzie panoszą się przemoc, mafie i gangi, gdzie wre niewolnicza praca dla zachodnich koncernów, gdzie życie ludzkie nie jest warte kuli, która je odbiera...
Czy to znaczy że nie pojadę już NIGDZIE?!
W tym kontekście zawsze niepomiernie dziwią mnie ludzie, którzy dzwonią do biur podróży i organizują swoje egzotyczne wakacje w najlepszych hotelach, za najlepsze pieniądze i skuszeni kolorowymi reklamami spędzają je bez świadomości, że tuż za murem, w favelach, właśnie trwa wojna...
I to jest realny Matrix. Rozleniwionym kanikułą urlopowiczom bezszelestna obsługa przychyla nieba, piloci wożą ich do niezwykłych miejsc, animatorzy organizują zapierające dech w piersiach spektakle... Turyści spotykają dzikie plemiona, kupują obiady dla głodujących Etiopczyków w Addis Abebie, pokonują wiszące mosty w tropikalnych lasach, zbierają kawę na zboczach kolumbijskich plantacji, przeprawiają się pirogami albo canoe przez amazońską dżunglę, kupują kubańskie cygara i rozkoszują się widokiem Machu Picchu... Realizują swoje marzenia i podróże życia, w efekcie czego wszyscy nieźle zarabiają, ale... w kieszeni zawsze tkwi bilet powrotny.
Pozdrawiam biura podróży, z których usług nie skorzystam chyba że zorganizują prawdziwe wakacje. Ktoś chętny ???
piątek, 14 września 2012
O pięknie inaczej, czyli pogranicze kultur
Fot. internet
Drogi...
Zdefiniowanie piękna we współczesnym świecie może sprawić spore kłopoty. W świecie nastawionym na zysk zostało ono odebrane rzeczom uważanym dotychczas za piękne i błędnie przypisane papierkom ozdobionym wymyślnymi giloszami. Jest prezentowane jako chuda dziewczyna albo samochód o futurystycznych kształtach, zwykle „tym piękniejszy, im droższy”. Coraz rzadziej więc mamy okazję z głębokim westchnieniem wykrzyknąć: Boże, jakie to piękne!
Definicja ustala, że piękno to „pozytywna właściwość estetyczna bytu, wynikająca z zachowania proporcji, harmonii, barw, dźwięków, stosowności, umiaru i użyteczności, postrzeganych przez zmysły. Istnieje piękno ideowe, duchowe, moralne, naturalne, cielesne, obiektywne i subiektywne".
Pitagorejczycy uważali, że piękno: polega na doskonałej strukturze, wynikającej z proporcji części i jest cechą obiektywną.
Skadinąd wiemy, że to tylko... półprawdy. Piękno wynika bowiem głównie z... odbioru. Nie bez kozery mówi się o niedyskutowaniu na temat gustów – tu obiektywizm zawodzi. Komuś podoba się coś, co dla innego jest „brzydem”.
Ale...
Każda sztuka, która wynika z potrzeby serca, bez względu na to, jaki to gatunek, jest cenniejsza od tej wydumanej albo powstałej z nudów. Jeśli wyraża prawdziwy ból, sprzeciw, łzy, krzyk, jeśli jest walką o przetrwanie o zachowanie status quo, albo wyrazem uczuć, jest sztuką. Jeśli oznacza perfekcję i kontestację, jest nie do zniesienia. W tym miejscu właśnie odbiór jest miernikiem sztuki. Jak w kręgosłupie są „ciary”, to JEST SZTUKA, jak ich nie ma, można sobie darować. „Ciary” to stan permamentnego zachwytu, włącznie z gęsią skórką, łzami w oczach albo irokezem na czubku głowy, można go uznać go za wmurowanie w ziemię albo za słup soli – pozytywnie. Bo piękno ma zachwycać.
Mnie nie przekonuje stylistyka oparta na nienaruszalnych kanonach i konceptach. Wtedy zawsze mam wątpliwości. Poważne. Nie przekonują mnie klasyczne zdobienia, barokowe złocenia, pióra w d... Nie zachęca anglosaski sznyt, sztywny gorset, kołnierzyk o numer za ciasny, herbata o piątej, nie bierze mnie schludność i porządek, ani przemoc czy epatowanie brzydotą... Rozumiem poszukiwania twórców, ich starania i geniusze, w końcu perfumy można stworzyć nawet z gówna...
A co mnie bierze? To dziwne, że nigdy o to nie spytałeś i założyłeś, że twoje podwórko pełne dzielnych Białych mordujących Indian z jakiegoś powodu jest lepsze i... jedyne.
Wrażliwość taka, że mnie przenika, światło, o którym wiem, że pochoddzi ze zmierzchu lub świtu, może z nocy, obrazy, które przyklejają się do mojej siatkówki, a potem noszę je w sobie, już wiecznie. Słowa, które tworzą w przestrzeni i czasie skojarzenia silniejsze niż pajęczyna. Ogień. I prawda.
W perfekcjonizmie nie istnieją ani ogień, ani prawda, ani wrażliwość. Są eliminowane przez układy ciemnego na jasnym lub odwrotnie. Zabawy konceptualne przypominają grę w szachy. Ostatecznie otrzymujemy puentę, ale długie oczekiwanie na nią i przedzieranie się przez intelektualne potyczki, polegające na udowadnianiu wyższości jednego IQ nad drugim, odbierają jej iskrę. Iskra zapala się szybko, ogień płonie gwałtownie, taka jest jego natura, taka jest natura żywiołów, sztuki i twoja. Prawdziwa natura, z której cię wykastrowano.
Żywioły nie posługują się intelektem, nie stosują taktyk i wzorów, są fraktalne, duchowe, są błyskiem światła w ciemności rozrywającym zasłony nocy jak gwałtowny i nieopanowany gniew, albo deszcz czy miłość.
Sztuka to zmysłowość w najczystszej postaci, to również ekshibicjonizm, możliwe też, że to najczystsza naturalność... Utrzymywanie silnego związku z ziemią, powietrzem, wodą i ogniem. Nie oddzielanie. Któż chciałby kochać intelektualnie?
Sztuka to wymagająca kochanka. Nie jest dziwką, ale jeśli zaczynasz jej płacić albo brać od niej pieniądze, traci blask. Bo jeśli brak ci pasji i serca, jesteś kłamcą. I zawsze musi być gorąco. Jak jest chłodno nie ma miłości. Ani sztuki.
Zaprzecz. A potem wyjmij wszystkie swoje książki, które oduczyły cię czuć, rzuć garść nazwisk swoich autorytetów i mi to udowodnij. Zwróć jednak uwagę, że aby stać się odbiorcą, nie potrzebujesz podręczników i ekspertów, potrzebujesz jedynie przeżywać.
Dlatego mogę stanąć pośrodku drogi naga, a potem stworzyć sztukę. Prymitywne rysunki naskalne, bransoletkę z trawy, naszyjnik z piór, koszulę z mgły... Nie obchodzi mnie poprawność, schematy, kompozycje, nie interesują mnie normy ani to, co się robi albo co robią wszyscy... Obchodzi mnie człowiek na drodze, w zakurzonych sandałach. Obchodzi mnie to, co myśli i czuje, co mi powie i co ja odpowiem jemu. I jeszcze to, co będzie dalej... Bo wiem, że będzie.
Chcę słuchać szumu morza, poezji, chcę tańczyć i śpiewać, bawić się muszelkami na plaży i budować z piasku, nie uciekać przed deszczem, pogłaskać ptaka, który usiądzie mi na ramieniu, wrócić do domu z przybłąkanym psem. Ja. Jeśli dla ciebie to zbyt trudne, nie moja sprawa. Zostawiam cię ze wszystkimi twoimi „nie”. Mam gdzieś twój zachodni świat, bo on jest martwy, a ja szukam życia. Dużo dalej niż w sklepie z odkurzaczami, coca-colą i Myszką Miki.
I dlatego nie każ mi kochać mojej białej zdegenerowanej skóry, w której zawsze wyglądam na zmęczoną i wszystkich tych białych ciał, tak bardzo nieinteresujących.
Kiedy pojadę do Afryki, nie będę zakładać przechodzonych staników kobietom z plemienia Mursi. Ich piersi nie zostały stworzone do zasłaniania, a ich piękno nie tkwi w tym, że potrzebują koronek, tiulów, fiszbin albo kreatorów mody. Ich piękno jest brakiem skrępowania, więc dla ciebie jest nieosiągalne.
Udało ci się uwierzyć w wartość przedmiotów tak bardzo, że zjadasz bez opamiętania wszystko wokół, jak potwór ze skandynawskiej baśni. Całe twoje życie kręci się nieustannie wokół konsumowania, Ma być dużo i dobrze. Im więcej, tym lepiej. To powoduje niestrawność, ale i twoje zadowolenie. Ma być drogo. To łechce cię jeszcze bardziej. Zanim zmienisz kolejny już telewizor na ostatni hit sezonu, kupię sobie klapki, a kiedy je założę, spojrzę na ciebie z żalem.
Nie nauczę cię wrażliwości, nie wyplewię z twojego mózgu głębokiego przekonania, że jesteś lepszy, Biały Człowieku ze Świata, Który Już Nie Istnieje, ja po prostu przestałam cię kochać.
Przyrzekam też nie używać słów: kreatywny, ekskluzywny, elegancki, wytworny... To one tworzą świat złudzeń i iluzji, w którym wydaje się, że jeszcze cokolwiek możesz. Że możesz być taki, jak mówisz lub mieć to, co mówisz.
Otwórz oczy, wrzuć komórkę do klozetu. To koniec.
piątek, 31 sierpnia 2012
Zamknięta lista odbiorców - czyli zdrowy stosunek do rzeczywistości
Spotkałam ją pewnego dnia i mimo, że nie chciałam, zdecydowała zostać moją „przyjaciółką”. Taką, która zawsze potrzebuje ale nigdy nie bywa potrzebna... Wymagającą pomocy w każdej niemal dziedzinie - zrób mi pedicure, wszyj mi suwak do kurtki albo spódnicy, porozmawiaj ze mną, bo JA MUSZĘ ! porozmawiać (niekoniecznie z tobą), chodź na spacer, wrzuć mi nowe zdjęcie do mojego CV, ale przedtem mi je zrób, powiedz mi jak wysłać pocztę, dodać załącznik, skopiować z pendrive'a do komputera i odwrotnie...
Wiele pytań, próśb, nieustanne żądania, chcenia, zmuszanie do robienia w danej chwili tego, czego „przyjaciółka” potrzebuje. WYŁĄCZNIE ona i ZAWSZE ona.
Czy to przyjaciółka faktycznie? Ano, nie.
Dzisiaj więc stworzyłam wreszcie zamkniętą grupę w komórce, tych z którymi chcę rozmawiać. Jej na tej liście nie ma. Mam już dość usługiwania.Możliwe, że nigdy bym tego nie zrobiła, gdyby „przyjaciółka” nie doprowadziła mnie do dwóch rzeczy - pasji i ostateczności. I przyznaję, zbyt długo czekałam z podjęciem decyzji.
Zwykle dla przyjaciół dalszych i bliższych bywam łagodna jak baranek, bywam cierpliwa... Ale czasem się wyczerpuję. Nie zrobiłabym więc zamkniętej grupy połączeń, gdyby chociaż raz wzięła do ręki ołówek i zapisała, jak co się robi, nauczyła się tego, czego uczy się chętnie i bez problemów pierwszoklasista.
Jak zrobić ctrl+C i ctrl+V, jak załączyć plik do wysyłanej wiadomości, ale... ona nigdy nie ma tego, co ja. Niestety, jej Windows zawsze wygląda inaczej, jej przeglądarka (ta, co moja) nie ma tych samych okien i menu, jej skrzynka (taka jak moja) ma zupełnie inny wygląd. Cuda, Panie. Zawsze jakieś inne okna, nie takie jak u wszystkich, tylko INNE... A na dodatek śmiem ją „zmuszać” do czegoś, do NAUKI!
Dzwoni więc nieustannie i wisi na słuchawce, ustalając, gdzie jest polecenie zapisz załączniki, otwórz plik, ale... kiedy biedactwo klika na zapisz, plik się otwiera, oczywiście złośliwy plik zapisuje się, kiedy ona akurat chce go otworzyć... Albo dziesięć minut, analizując interfejs windowsa, ustalamy telefonicznie, gdzie do licha jest to wredne okno jej wrednego pendrive'a. - Otwórz go! - krzyknęłam besilna i z pianą na pysku. - Na litość Boską, otwórz swojego pendrive'a to zobaczysz to cholerne okno! SIC!
Obraziła się. Dostałam sms: „Myślałam, że mi pomożesz...” (płacz)
Mój facet powiedziałby nieparlamentarnie: „Ch..j jej w d....ę!” I miałby rację :)
Mężczyźni mają zdrowy stosunek do rzeczywistości.
Dziękuję, mój Facecie. A wszystkim, którzy mają „przyjaciółki” szczerze polecam zamkniętą grupę.
Fot. Internet, vintage Barbie
środa, 15 sierpnia 2012
Polinezja Profesora
Niedawno do refleksji nad tym tematem, skłoniła mnie rozmowa z pewnym znajomym profesorem.
Nie podam dokładnych danych, bo chciałabym zachować anonimowość Profesora, ale...
Dyskusja zaczęła się od Pewnego Północnego Kraju, jego niezwykłego dobrobytu i dużej liczby samobójstw, głównie wśród ludzi młodych. Opowieść była bardzo interesująca, a wniosek był cytatem z wypowiedzi jednego z młodych ludzi, zapytanych o przyczyny tychże samobójstw. Żadne ekonomiczne, żadne egzystencjalne, ale... o dziwo – z powodu nadmiaru. SIC! Posiadania wszystkiego, co nie stwarza żadnych podniet, nie powoduje pragnień, lub też wynika z niewiedzy (brak dociekliwości), iż takowe pragnienia w ogóle można posiadać.
W ciągu dalszym rozmowy powstało naturalne pytanie:„Dokąd więc stąd s...ć?”
Najpierw Profesor rozwinął swoje niezadowolenie, iż jako człek głęboko wykształcony na Bardzo Znanym Uniwersytecie przez innych Bardzo Znanych Profesorów, nie znajduje za te trudy zadośćuczynienia ani finansowego, ani jakiegokolwiek poklasku... Ot, zwyczajny nauczyciel akademicki za małe pieniądze. Przejście do wątku „dokąd więc?” było już tylko wynikiem żalów. Możliwości, jak się okazało były ogrome, rozłożone jak cenny wachlarz albo pawi ogon. Więc pojawiły się i Nju Jork, i Paryż, ale nade wszystko Polinezja... Klimat dobry, wspólnota zamorska zależna od Francji, egzotyka połączona z cywilizacją, no i 100 franków CFP (waluta Polinezji) = 0,84 EUR (więc żyć tam za wysoką europejską emeryturę, nie umierać; niedrogi posiłek w restauracji to koszt około 17 euro a 1,5 l wody = 0,8 eur)!!! Genialny wybór. Znajomości owszem są, koneksje również.
- Więc dlaczego jeszcze tu jesteś? – spytałam. Przy takich układach dawno byłabym w Papeete.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy usłyszałam: - Ja mogę żyć wszędzie, ale tylko jako PROFESOR !
Wolność jest więc złudzeniem? Trudno się dziwić, bowiem nauka, praca, wieloletnie doświadczenie, tytuły umiejscawiają nas w złotych klatkach. Trudno także było mi wyobrazić sobie mojego Profesora jako na przykład ciecia w muzeum, ogrodnika, czy chałupniczego artystę od naszyjników z pestek albo szklanych paciorków... W końcu sami sobie ścielemy.
I tu przypomniała mi się historia pewnego Bardzo Zamożnego Człowieka który był również bardzo wykształcony i bardzo ustosunkowany z powodu swej pracy w mediach gdzieś w Bardzo Wielkim Świecie. Pewnego dnia, kiedy zauważył, że mu to Bardzo Szkodzi gwizdnął to wszystko i wspólnie z rodziną wyjechał na Bardzo Małą Wyspę, gdzie razem stworzyli niewielki biznes paciorkowo-rękodzielniczy. Pisał na swoim blogu, że nie wraca, że mu dobrze, że wszyscy są zdrowi, że mają czas pracować, kochać, żyć i zauważać jeden drugiego...
Wreszcie coś budującego, zastanawiam się tylko, czy wystarczy Bardzo Małych Wysp, kiedy przebudzi się większość i zwycięży u niej chęć „niebycia PROFESOREM”.
Należy jednak pamiętać, że z wysokości ekskluzywnych resortów świat wygląda inaczej niż z poziomu ulicy, wakacje to co innego a... każdy Raj ma również swoje Piekło.
Naiwnie spytam: - Co wolisz?
Subskrybuj:
Posty (Atom)












