piątek, 31 grudnia 2010


2010, 18 lutego, Havana, Lawton

w miejscu, gdzie znajduje się mężczyzna w zielonej koszulce, codziennie wysiadam z taksówki; wracam z centro hawana do domu; do barrio lawton; w panaderii Tosca kupuję pieczywo; chleb przypominający naszą dawną bułkę wrocławską, ale suchy, jak z waty, bez smaku; jednak ma tę zaletę, że nie na kartki; przy dobrych układach można po południu, odstawszy w ogonku dwa kwadranse, kupić działkę; nie można kupić dwóch, trzech, trzeba mieć trochę przyzwoitości, poza tym nie sprzedają więcej niż jeden; mimo że towar nie jest przydziałowy, umowny przydział wynosi jeden bochenkopodobny kawałek przesuszonej bułki;
po drugiej stronie, gdzie widać czerwony filar, skręcam w lewo i idę do domu, casa no 3 przy calle san francisco y 10 de octubre... nazewnictwo ulic w hawanie jest skomplikowane, jak wszystko na kubie, czasem wymienia się nazwę ulicy zasadniczej dla zainteresowanego i tej, przy której się znajduje posesja, więc calle san francisco y 10 de octubre, a czasem podaje się pomiędzy jakimi ulicami znajduje się właściwy adres, na przykład calle 21 entre B y C, co oznacza, że fragment ulicy, gdzie poszukujemy właściwego adresu, znajduje się między ulicami B i C, a nie między na przykład A i B lub C i D... inaczej po prostu nie trafisz... albo będziesz musiał iśc i iść aż zabolą nogi, havana jest ogromna; ulice tutaj to nie londyńskie metro, nic nie jest tu proste
mój chłopak mieszka w lawton, calle 9 entre B y pocito... czy to komuś coś mówi?

2011 Feliz Año Nuevo - Szczęśliwego Nowego Roku


una casa llena de pan y de felicidad, la gente que saben amar, una mesa llena de pastelitos, bolsillos llenos de la abundancia y el cumplimiento de todos los sueños, mucha suerte
para Sabina, Rafael, Irina, Yoani, Andy, para todos los Cubanos y Polacos y otro gente... para todo el mundo deseo YO

środa, 29 grudnia 2010

Despedida...


esto pura verdad que todo fluye, pero son cosas en la vida que se cambian nunca, si queremos, podemos ganar todos los picos con una altura de 8.000 metros, esto sólo depende de nosotros, desde la fuerza interior y el deseo, de nuestro arduo trabajo y capacidad de concentración, esto depende de la capacidad de amar y comprender qué es el amor

Gwiazdka 2010


Kocham Ciebie i Siebie

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Wrócę


Wrócę na pewno, wiem, cokolwiek ... wrócę

Oby się spełniło


...

Ściskała go pieczołowicie, przytulała do piersi, brzucha. Właściwie znalazł się tam, skąd kiedyś przybył. Przecież w taki sposób przyszedł na świat. Matka trzymała go w swoich dłoniach. Ochraniała przed zimnem, wiatrem i śniegiem. Jakby to właśnie było najważniejsze. Padające na dłonie światło wydobywało ich przenikliwie chłodny odcień nie pasujący do jaskrawego mahoniu. Pochylała się nad nim. Włosy wysunęły się spod kaptura i spadły na policzek. Osłaniała go jak pisklę, jak bochen chleba, jeszcze ciepłego, żeby zabezpieczyć przed nieprzewidzianym. Przed krzywdą. Był ważny. Najważniejszy. Solidnie zaśnieżone alejki nie pozwalały swobodnie się poruszać. Ledwie można było postawić stopę pomiędzy podmurówkami. Śnieg wsypywał się do butów, za kołnierze, pokrywał włosy, oszraniał twarze. Wzrok prześlizgiwał się po białych zaspach, białym niebie i ciemnych bezlistnych gałęziach, przypominających rysunek węglem. Rozproszone stadko zebranych z wtulonymi w swetry i szaliki nosami nie miało twarzy. Niewielki tłumek ze wzrokiem skierowanym w tę samą stronę. Bo wszyscy patrzyliśmy na nią. Na wyrzeźbione nocami lęku podkrążone oczy, czarny kożuch i ten kontrast. Małą skrzynkę w kolorze mahoniu. Może ktoś pomyślał, że nie założyła czapki, albo, że nie ma siły, by stać. Jej drobna sylwetka wyglądała nierealnie, jak cały obraz. Czarno-białe zdjęcie, zatrzymane w kadrze przelatujące ptaki i cisza. Trzeba było zachować ostrożność i patrzeć pod nogi, żeby się nie poślizgnąć. Trzeba było mieć czysty umysł, by zaobserwować jak go głaskała. Bo tak właśnie zrobiła, mimo, że dłonie obejmujące syna, nawet nie drgnęły. Trzeba było nie wiedząc nic, wiedzieć wszystko i starać się koncentrować wzrok na czymkolwiek. Tylko nie na niej. Może na piaskowym długim kożuchu kogoś odwróconego plecami albo na sznurowanych długich botkach, czy na tym, jak zmienił się ktoś, kogo nie widziało się bardzo, bardzo długo. Może należało nawet zastanawiać się, kim jest ta dziewczyna z kruczymi włosami i mocnym makijażem. Ładna. Byle tylko nie widzieć tej intymności, odkrytej i wystawionej na widok. Właściwie nikogo poza nimi nie powinno tam być. Obraz oddałby wtedy podstawową zasadę ich związku. Połączenie absolutne, nie do zerwania, nie wymagające potwierdzeń. Miłość bez zastrzeżeń, wybaczającą wszystko, bez względu na to, jakiegokolwiek grzechu dopuściłoby się którekolwiek z nich. Obecność innych stanowiła więc dysonans. Była wyrwanym z pianina klawiszem. Niezawinionym przypadkiem w zupełnie innych planach. Powinnością, za którą tego, do którego wznoszono słowa, można by okrzyknąć sprawcą. We wniosku zaistnieje więc potrzeba określenia tej obecności niepożądaną dokładnie w tym samym stopniu jak konieczną. Brak tu więc dylematu, istnieje jedynie następstwo.