Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Havana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Havana. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 lutego 2011

Los trenes siempre me dan miedo




Przy calle Arsenal w Havanie znajduje się dworzec centralny  - Estación Central, nieopodal na wolnym powietrzu koczują stare lokomotywy, zaimprowizowane muzeum przypomina o czasach ich świetności i wywołuje smutek, świadomość, że przeszłość jest nie do odzyskania....
Jest 27 lutego 2010. Poznawanie tej części miasta nie jest zbyt przyjemne. Właśnie zaczęło lać. Deszcz jest obrzydliwie zimny, a ja nie wzięłam parasola. Rano usłyszałam, że ma nie padać. Moknę i marznę przyczajona na krawężniku, w pobliżu nie ma nawet gdzie usiąść. Ludzie są zabiegani, zajęci. Dumam więc o przeszłości i zastanawiam się, gdzie się schronić. Wpadam na pomysł, że może na dworcu znajdzie się jakieś miejsce, ale żadnego miejsca nie ma. Godzinę chodzę po sklepie typu todos por un dolar, oglądam chińskie klapki z plastiku i wykałaczki. Wreszcie przestaje padać. Kiedy wychodzę na ulicę i staram się obmyślić drogę powrotu do domu, jeszcze paskudnie siąpi. Ulicami płyną strugi mętnej żółtej wody. Przemykam pod arkadami domów. Dzięki za styl kolonialny i możliwość schronienia się przed deszczem czy słońcem. Większość, których zaskoczyła ulewa, porusza się rikszami, okrytymi z tej okazji folią powiązaną czym popadnie. Biegnę zmoknięta na swój postój w centrum, żeby jak najszybciej złapać taksówkę i znaleźć się w suchym miejscu, zdjąć mokre ciuchy i zrobić drinka. Nawet nie pamiętam, o czym wtedy rozmawiamy. Wiem, że jestem niezadowolona, że oboje jesteśmy niezadowoleni. Wiem, że z tego powodu nawet w domu nie będzie przyjemnie. Za sześć dni spakuję ciuchy i pojadę na lotnisko. Czuję, że mam już dość. Złośliwość pogody przejawia się tym, że kiedy tylko zamykam za sobą drzwi wynajętego mieszkania przy calle San Francisco, wychodzi słońce. Niebo błękitne jak przed dwiema godzinami, ulice momentalnie wysychają. Jest dopiero pierwsza, a ja uwięziona. Mam ochotę wyjść jeszcze na miasto. Siedzenie w tej klitce bez okiem powoduje klaustrofobię. Niestety nie wyjdę. Przecież sama nie mogę.

sobota, 15 stycznia 2011

2010, 18 lutego, Havana, Lawton
kiedy przechodzę przez diez de octubre mijam ludzi takich samych jak ja... w tym sklepie naprzeciwko nie ma prawie nic, ciasteczka, rolady, torciki, obrzydliwe bez smaku, sam cukier i wygląd, nic poza tym, ale ludzie kupują, bo nie ma nic innego, oczywiście za cuc, to sieć sylvain, tiendas especializadas en panes y dulces... hahaha, wchodzimy, oglądamy, wychodzimy. mijamy zielony dom, ten w prawym rogu zdjęcia, gdzie zawsze rano siedzi kwiaciarka i gdzie na rogu łapiemy taksówkę do centro habana...




za zielonym domem skręcamy w lewo w calle san francisco, która nie wygląda imponująco w przeciwieństwie do nazwy. moja calle jest dość szeroka i brudnawa, mimo że wszyscy dbają o wyrzucanie śmieci do pojemników, jakoś tego nie widać. jest odrapana, nierówna, powykrzywiana. numero 3 (w lewo za dziewczyną w koszulce na ramiączkach)




w podwórku mieszkamy obok właścicielki rudawego spaniela, maleńkiej siwej staruszki i wiecznie kłócącego się małżeństwa, którego dzieciak wysiaduje na naszych schodach. casa de miguel jest zadbana i czysta, miguel zmienia pościel i myje podłogę, zapomina jednak o kurzu na meblach, ale to nie problem. mamy małżeńskie łóżko, szafę na ubrania, łazienkę z wszędobylskim grzybem wymalowaną na niebiesko, małą kuchnię, gdzie w aluminiowym garnku gotuję wodę na kawę, działającą lodówkę, telewizor i siebie... w sumie nic dziwnego, że "komfort" bo ta casa nie jest darmowa :) vis a vis numero 3 jest państwowa piekarnia, czasem wieczorem udaje się tam kupić "na lewo" ten lepszy chleb, a trzy domy dalej w głąb ulicy mamy prywatny punkt małej gastronomii i to ratuje mi w havanie życie... ale mój sposób życia tutaj to nie kwestia pieniędzy.
zdjęcia z barrio nie są moje... nie wyjmuję tutaj aparatu, choć teraz myślę, że powinnam i nie bardzo wiem dlaczego tego nie zrobiłam. żałuję.

niedziela, 2 stycznia 2011

Havana

no więc dobrze, nie jestem uzależniona od alkoholu czy narkotyków, seksu, gier komputerowych, hazardu, tylko od miasta, od Niej, zawsze myślę o Niej z dużej litery, zawsze jest ze mną i zawsze płaczę, kiedy ją widzę, kiedy z nią jestem, nie umiem inaczej... zastanawiam się skąd się to wzięło i nie znajduję odpowiedzi, choć uczciwie szukam, zresztą .... po co mi odpowiedź, skoro miłość jest wzajemna




2011

i się pojawił. nowy. jak zwykle po kolejnych 365 dniach i... nic nowego się nie wydarzyło. mówiąc szczerze, nie mam pojęcia, dlaczego wszyscy czekamy na tę chwilę, robimy sałatki i kupujemy szampana, żeby świętować to, co nie jest tak naprawdę ani nowe, ani lepsze, tylko kolejne... świętujemy więc nadzieję, beznadziejną zresztą, na poprawę, oczekujemy lepszego, być może szczęśliwszego, a tu klops - pogoda taka sam jak wczoraj, stan zdrowia nadal kiepski, brak zmian i nawet mój aniołek zaprotestował - spadł z niewielkiej wysokości, odłupała mu się aureola i nie jest już święty, więc nowy rok to jakieś kosmiczne nieporozumienie, zresztą co kraj to obyczaj, nasz nowy rok to nie jest nowy rok dla innych itepe, szmira i oszustwo, małe dzieci są tylko przyszłymi dorosłymi, i to nie jest paradoks tylko groteska.
więcej nie mam nic do powiedzenia na ten temat, obserwacje ostatnich kilkudziesięciu lat skłaniają mnie do wysnucia wniosków że jednak wszystkiemu winni są cykliści... jajajajajajajajajajaja...


2010, 29 lutego, godz. 10:50, Havana, Vedado....


kiedy przyglądam się budynkowi Wielkiej Loży Masońskiej w Havanie, który już podobno nie jest budynkiem WLM, zastanawiam się, do czego służy, co symbole ozdabiające budynek (kula ziemska, o którą oparty jest cyrkiel i węgielnica plus litera G - symbol gnozy) mówi coś dzisiaj kubańczykom, czy to, że rodzina Castro podobno należy do WLM, jest normalne, czy idee nie zostały wypaczone lub użyte do złych celów? zapewne tak, podobno dzisiaj na kubie każdy niemal jest jednocześnie santero, masonem i chrześcijaninem... multiosobowość etyczna jest więc przystosowaniem do warunków zewnętrznych. skoro władcy narodu, rewolucjoniści z bożej łaski miłościwie panujący, są jednocześnie komunistami i wolnomularzami.... lud stosuje się do zasad. boże, chroń lud.

piątek, 31 grudnia 2010


2010, 18 lutego, Havana, Lawton

w miejscu, gdzie znajduje się mężczyzna w zielonej koszulce, codziennie wysiadam z taksówki; wracam z centro hawana do domu; do barrio lawton; w panaderii Tosca kupuję pieczywo; chleb przypominający naszą dawną bułkę wrocławską, ale suchy, jak z waty, bez smaku; jednak ma tę zaletę, że nie na kartki; przy dobrych układach można po południu, odstawszy w ogonku dwa kwadranse, kupić działkę; nie można kupić dwóch, trzech, trzeba mieć trochę przyzwoitości, poza tym nie sprzedają więcej niż jeden; mimo że towar nie jest przydziałowy, umowny przydział wynosi jeden bochenkopodobny kawałek przesuszonej bułki;
po drugiej stronie, gdzie widać czerwony filar, skręcam w lewo i idę do domu, casa no 3 przy calle san francisco y 10 de octubre... nazewnictwo ulic w hawanie jest skomplikowane, jak wszystko na kubie, czasem wymienia się nazwę ulicy zasadniczej dla zainteresowanego i tej, przy której się znajduje posesja, więc calle san francisco y 10 de octubre, a czasem podaje się pomiędzy jakimi ulicami znajduje się właściwy adres, na przykład calle 21 entre B y C, co oznacza, że fragment ulicy, gdzie poszukujemy właściwego adresu, znajduje się między ulicami B i C, a nie między na przykład A i B lub C i D... inaczej po prostu nie trafisz... albo będziesz musiał iśc i iść aż zabolą nogi, havana jest ogromna; ulice tutaj to nie londyńskie metro, nic nie jest tu proste
mój chłopak mieszka w lawton, calle 9 entre B y pocito... czy to komuś coś mówi?

niedziela, 11 kwietnia 2010

my daiquiri, mojito y pina colada...


inskrypcja z "la bodeguita"

z ernesto hemingway w "el floridita" - habana

mojito w "la bodequita" y daiquiri w "el floridita" - habana
od dwóch dni mam fiestę, sączę dla odmiany daiquiri, odłożyłam ulubione mojito z powodu braku świeżej mięty. muszę zadbać, by pojawiła się w skrzyneczce na balkonie jak najszybciej. z powodu braku śmietanki kokosowej nie piję pina colady, nie znoszę udziwniania oryginalnych drinków, to zbrzydza smak, wszystko co :ciekawe" i "oryginalne" w tym zakresie można włożyć w buty, domorosłe pomysły na zamianę syropu cukrowego czy brązowego cukru na grenadynę, albo limonek na cytryny, albo śmietanki kokosowej na mleko skondensowane, cuchną.... nie pochwalam. oryginał to oryginał. nie zapomnę, kiedy "barman" chciał mi kiedyś podać brązową tequilę z solą i cytryną !!! p mało nie spadłam ze stołka przy barze. brrr nieuświadomienie i brak pokory albo zwyczajna głupota. tak, nie stać mnie już na picie kiepskich drinków, utrzymywanie kiepskich znajomości, podtrzymywanie trupich kontaktów z tymi, którzy uznali, że "się" coś znaczy. nie znaczy i już. ale żeby się o tym przekonać, trzeba chcieć. i tym różni się ignorancja od niewiedzy.
a smak zycia to jest właśnie daiquiri w "el floridita", nie gdziekolwiek, nie piwo z sokiem.... i tylko to się liczy, bo życie ma wspaniały smak

poniedziałek, 22 marca 2010

Regla, LH, Cuba


aqui no se rinde nadie - tutaj nikt się nie poddaje
aqui no se rie nadie - tutaj nie śmieje się nikt...
to gra słów, hasło cdr - komitetu obrony rewolucji łatwo można zmienić.... szkoda tylko że pasuje jedynie tak smutne słowo jak "śmiać się"...
un juego de palabras, el eslogan de CDR - Comité de Defensa de la Revolución se puede cambiar fácilmente .... una pena que sólo se ajusta tan triste palabra como "risa" ...

sobota, 13 marca 2010

policja, 4 marca, la habana, san lazaro


"słynny" dom z numerem 173 na san lazaro, policjant właśnie spisuje dane, ja palę i robię bezczelnie zdjęcie, nie mogę sfotografować policjanta przy pracy

podczas czekania na radiowóz udaje mi się jeszcze sfotografować powiewające z balkonu pranie w kolorze indygo

to, o czym piszę, dzieje się w czasie powstania tego zdjęcia
san lazaro
tego dnia, 4 marca, zostałam zatrzymana przez policję kiedy szłam z kubańskim przewodnikiem przez malecon i san lazaro.
przez prawie 2 godziny przeszliśmy przez ręce 10 policjantów, w radiowozie, na twardych czarnych siedzeniach "łady", czułam, że nie mogę oddychać. przewodnik mówił: "wszystko będzie dobrze". bardzo się bałam. byłam bezsilna jak zabawka wyrzucona w przestrzeń, która zawisła na drutach i sznurkach, której los jest nieznany (zdjęcie laleczki na drutach poniżej).
w rezultacie tego zdarzenia usłyszałam, już podczas rozmowy wyjaśniającej w komisariacie przy capitolu, że chodzenie z obcokrajowcem po ulicy nie jest dla kubańczyka przestępstwem (ale właśnie to było przyczyną zatrzymania) , dowód osobisty został zwrócony. mogliśmy wyjść na ulicę .

czwartek, 11 marca 2010

la muneca para Yoani Sanchez - laleczka dla...

komentarz - gra w jojo



pomnik don kichote w vedado
ekspresja tego pomnika (don kichote, vedado, la habana, cuba) doskonale oddaje klimat i sytuację kubańskiego społeczeństwa. żeby zrozumieć, co się tu dzieje, trzeba wyjąć swój cały dotychczasowy zasób wiedzy i doświadczeń, zmielić w maszynce do mięsa i wetknąć z powrotem w miejsce pod twardą skorupą czaszki, do tego można dołożyć elektrowstrząsy, lobotomia nie jest wskazana gdyż powoduje całkowitą utratę zdolności rozumienia.
mój podziw graniczy z reakcją dziecka, które pierwszy raz w życiu widzi kolorową plażową piłkę. jestem zadziwiona i przemierzam ulice kuby z otwartą buzią.
sytuacja przypomina surrealistyczny obraz. widzisz naraz mnóstwo nie związanych z sobą rzeczy, które tworzą całość. kiedy zastanawiasz się, co mają z sobą wspólnego, przychodzi ci na myśl jedyne rozwiązanie, dochodzisz do wniosku, że przyczyną istnienia dzieła może być jedynie szaleństwo i nie istnieją żadne kryteria, na których możesz się oprzeć.
masz wrażenie, że bez biletu zabrano cię do innego wymiaru albo złego snu. bardzo chcesz wrócić i nie możesz. nie pozostaje nic innego jak zrezygnować z prób i poddać się.
zrozumienie zresztą nie jest konieczne, nie daje również gwarancji akceptacji.
zrozumienie nie jest nawet możliwe.
jedyna różnica między kubą a wytworem fantazji salvadore to ta, że surrealistyczne dzieło może obronić się nazwiskiem artysty, którego uznano za geniusza lub wewnętrzną potencją odbiorcy zdolnego rozpoznać zawarte w nim przesłanie. surrealizm realny nie ma takiej możliwości. jest mnożeniem pytań bez odpowiedzi, brak mu logiki i kosmicznego pierwiastka uzasadnienia. wymyka się pojmowaniu jak węgorz z siatki. jest śliski, ciemny, nieopisany, bez przyczyny i o straszliwych skutkach. tak dziewiczy jak wnętrze ziemi albo katolicyzm. wszelkie przesłanki trzeba przyjąć na wiarę.
ziemia jest płaska.
cytaty z kuby: "skomplikowane", "jest jak jest i nic nie możemy zrobić"
skojarzenia: "niewygodnie"

ulica - malecon


bałtycka czwórka

wiecznie schody donikąd...

balkony spadające na ulicę

diente de perro
przez ostatnie 3 tygodnie widziałam... ruiny
havanę, która nie wytrzyma być może kolejnego huraganu, przynajmniej malecon. kiedy jest bałtycka czwórka (mam na myśli beauforta) fale niewinnie przeskakują nabrzeże i wylewają się na ulicę (promenada jest wtedy zamknięta dla ruchu kołowego), kiedy sztorm jest większy, docierają do ścian domów po przeciwnej stronie ulicy, kiedy jest huragan, który wchodzi na wyspę z prędkością 220 km/h i po wytraceniu siły dociera do havany z prędkością 165 km/h jako II (IKE, wrzesień 2008), walą nieprzytomnie w to, co jeszcze zostało. ludzie uciekają wtedy na ulicę, boją się zostać w domach, które mogą runąć w każdej chwili.
i jeszcze psie zęby - to co wystaje z morza pod murem malecon... diente de perro