wieczorem mnóstwo rozmawialiśmy z rafaelem o ostatniej erupcji wulkanu, szukałam w sieci jakichś informacji, zdjęć i przy okazji natknęłam się na prognozy dotyczące końca świata. nie mam do nich stosunku, skończy się, to się skończy, moja wiedza na ten temat czy próby ratowania sytuacji nie mają na to żadnego wpływu, ale było ciekawie... naukowcy, denikenowie, straszyciele... cały tygiel internetowy, no i moja wyobraźnia we śnie popracowała
mieszkałam, gdzie mieszkałam i nadszedł wieczór. ze wszystkich mediów donosili o końcu świata i zmianie klimatu. cała ta perspektywa rozgrywała się na żywo przed moimi oczami. trochę w to nie wierzyłam. w domu było ciepło i bezpiecznie, w dodatku miałam dostęp do wszystkich informacji. wyjrzałam przez okno i jednak trochę się przeraziłam... kiedy odsunęłam zasłonę, zobaczyłam zamrożony krajobraz. gałęzie drzew, czarne i bezlistne, wbiły się przez okno do pokoju, szyba była wytłuczona, ale stanowiła całość z krajobrazem na zewnątrz i wewnątrz, zamarznięte odłamki zaglądały do pokoju, groźne, zawieszone w bryłach lodu niczym owady uwięzione w bursztynie... z ta różnicą, że pejzaż, który oglądałam, był czarno-biały
dziwiło mnie tylko, że jest ciepło... nie czułam powiewów chłodu, jakby całe to miejsce za oknem było teatralną dekoracją. podobało mi się i postanowiłam wyjrzeć dalej. na zewnątrz zobaczyłam mnóstwo kolorowych przedmiotów zamarzniętych w szklistej przestrzeni, najpiękniejszy był ciemnoczerwony patyk, dość gruby i wyraźny, lekko przekrzywiony zawisł między trzepakiem a ścianą bloku naprzeciwko... widok był niesamowity, trochę horror, trochę sf, chociaż to moje podwórko. pamiętam, że bardzo martwiła mnie sytuacja w szwecji... dlaczego? obudziłam się wystraszona z nie dającą spokoju myślą - nie chcę końca świata.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz