sobota, 7 maja 2011

Cafundó

- Donde vas? - Muy lejano. - Esto esta más lejos que el Cafundó!



Jedno z najbardziej popularnych wyrażeń w Brazylii to "Dalej niż w Cafundó", w odniesieniu do fizycznej odległości bardzo odległych miejsc. "Cafundó" według słownika to miejsce pustynne, odległe, niedostępne i niemal zawsze w górach. W języku potocznym jest używane na co dzień, ale pochodzenie terminu sięga czasów kolonialnych w  Brazylii, dwadzieścia dwa lata przed końcem niewolnictwa, zanim wprowadzono ustawę "La Ley Áurea" z 1888 r. o jego zniesieniu. Właściciel ziemski  Joaquim Manoel de Oliveira uwolnił wtedy piętnastu niewolników, którym podarował gospodarstwo z zastrzeżeniem, że mają je uprawiać. Tak powstała wioska w stanie Sao Paulo zwana Cafundó, która dziś jest dzielnicą Salto de Pirapora, 150 km od  Sao Paulo. Cafundó dzień po dniu kultywowało swoje afrykańskie zwyczaje: afroamerykańską religię (candomblé), tradycyjne metody leczenia, budowę domów, gotowanie na ogniu, hodowlę kur i świń, sadzenie kukurydzy i fasoli, język. Społeczność Cafundó posługuje się językiem cupópia, kreolskim, opartym leksykalnie na bantu.
Film jest oparty na historii życia byłego czarnego niewolnika Joao de Camargo (1858-1942) z Sorocaba w Brazylii.

Madame Satá

To z kolei brazylijski film z gwiazdą tamtejszego kina Lázaro Ramosem. O, to jest niewątpliwie gwiazda. Aktor tak oszczędny, że wystarczy jedno drgnienie jego policzka... Po kinie amerykanofilskim niezwykle intrygująca odmiana; przecież nie mówię, że tam nie ma dobrych aktorów, są, ale bardzo zmęczeni zarabianiem kupy dolarów, a to i tak niewiele warte

 




Madame Sata... - trzeba zobaczyć

Wycieczka w Pireneje

na którą zabrał mnie Alejandro González Inárritu
Oszczędna kamera prowadzi widza przez inne miasto. Nie to pokazywane i atrakcyjne, La Sagrada Familia, park Gaudiego, kamieniczki w centrum, eleganckie sklepy, Las Ramblas czy Camp Nou, ale przez odrapaną kamienicę, w której mieszka z dziećmi główny bohater Uxbal, ciasne mieszkania z odpadającym ze ścian tynkiem, wąskie uliczki niekoniecznie najlepszych dzielnic, piwnice, w których koczują chińscy robotnicy i prowizoryczne wieloosobowe kwatery czarnych imigrantów. Handlarze narkotyków, podrabianych torebek, robotnicy budowlani, skorumpowany policjant, matka alkoholiczka w stanie wiecznej depresji i pośrednik pracy, kombinator Uxbal, kontaktujący się ze zmarłymi. Trudno nadać ludzką twarz takiej menażerii. Jednocześnie zdajemy sobie sprawę z tego, że to dopiero wierzchołek góry lodowej, bo to jest przecież miasto, w którym żyjemy i nikt nie pojedzie do niego na wycieczkę.
Na wycieczkę jedzie się w Pireneje, które są "biutiful".
Bohaterowie filmu to z pozoru zwykli ludzie, ale to tylko pierwsze wrażenie. Tak naprawdę przerażają, bo w chwili nieuwagi możemy stać się podobni do nich.
"Biutiful" to inny film  niż dotychczas pokazywał autor trylogii "Amores perros", "21 gramów" i "Babel". Cichy. Krzyk bólu niesie do nieba tylko stado gołębi, a odpowiedzialność w trzepocie skrzydeł jest prośbą o przebaczenie. Nie można go jednak nazywać kameralnym. Jest raczej rodzajem nieświętego apokryfu. Uxbal, główny bohater, którego na naszych oczach misternie tworzy Javier Bardem, to postać tułacza, skazanego na błądzenie, nieudane wybory, dotkniętego chorobą, oczyszczanego jednak z win dzięki niesieniu pomocy innym i miłosierdziu. Ludzka miseria może być zrozumiana, mamy prawo do błędu, mamy prawo do życia i przebaczenia. Wszyscy. Niewierna żona i rozwiązły brat, handlujący ludźmi pracodawca-homoseksualista, szef budowy zatrudniający nielegalnych pracowników, handlarz narkotyków deportowany do Senegalu, nieuczciwy gliniarz, bohater oszczędzający na kupnie tanich grzejników...
Bo czy na pewno to właśnie dzięki nim pieniądze pochowane w skarpetach Uxbala stały się najwyższym dobrem? W filmie Inárritu są fundamentem majaczącej nad miastem jak złowrogi cień Katedry, jej konstrukcją nośną i zaprawą spajającą każdy element. Nie potrafimy przestać jej budować, dopóki ktoś nie spadnie z rusztowania. Wtedy przystajemy. Na chwilę.
Na wycieczkę jedzie się w Pireneje, które są "biutiful". Żeby zobaczyć śnieg. W pierwszej i
ostatniej scenie filmu. To właśnie ta wycieczka. Przez życie.
Myślałam, że nie zniosę dwóch i pół godziny, ale pomyliłam się. Mogłabym oglądać dalej, następne dwie i pół.
Mirito Torreiro z  hiszpańskiego magazynu "Fotogramas" zauważył, że umieszczony za kamerą przypadkowy turysta jest tylko towarzyszem bólu, bardziej zainteresowanym pobłażaniem sobie i godną ubolewania degradacją człowieka, który liczy na wiarygodną przygodę ze światłem i ciemnością, jak to w życiu...

wtorek, 26 kwietnia 2011

Dzień cytatów

Multa renascentur, quae iam cecidere cadentque, Quae nunc sunt in honore. - Horacy
Wiele z tego, co jest ukryte, powstanie, i wiele zapadnie się z tego, co dzisiaj czcimy.

Nauka jest sztuką tworzenia zręcznych iluzji; głupcy w nie wierzą lub polemizują z nimi, mądry człowiek zaś napawa się ich pieknem i pomysłowością, zdając sobie jednocześnie sprawę, że są to stworzone przez ludzi zasłony, za którymi kryje się mroczna otchłań nieznanego. - Carl Gustav Jung

Nowe poglądy naukowe nie triumfują poprzez pokonanie oponentów, którzy nagle dostrzegają światło, lecz raczej dzięki temu, że owi oponenci w końcu umierają, a w ich miejsce wyrasta nowe pokolenie, z tą prawdą już oswojone. - Max Plank

Istnieje zasada, odporna na wszelkie dane, odporna na wszelkie argumenty, która niezawodnie utrzymuje człowieka w wiecznej ignorancji. Tą zasadą jest potępienie, zanim przystąpi się do badania. - Herbert Spencer

Z najlepszymi życzeniami dla tych, którzy nauczyli się mówić tylko: - Cześć, jak leci? i zadowalają się odpowiedzią: - W porządku. sądząc, że to, w czym biorą udział jest prawdziwe, sensowne, mądre i nieszkodliwe...

sobota, 23 kwietnia 2011

W poszukiwaniu

jakby to był skarb? tak, cały czas gonię, za czym? za niedoścignionym. nie zależy mi tylko na niej samej, zależy mi na przeżyciu, doznaniu, zasmakowaniu, poczuciu jej wewnątrz, jak by to było światło tysiąca słońc; zanim wszystko zszarzeje, zanim się domknie, zanim zasnę... nie chodzi o wypicie kieliszka wina, chcę mieć całą winnicę, od samego początku, kiedy w ziemi nie ma jeszcze ani jednego nasiona, pielęgnować, sycić oczy zielonymi liśćmi, potem się zatracić w bachanaliach owoców, potem wreszcie odpocząć upijając się winem, zanurzyć się w jego zapachu i smaku; nie wystarczy mi liść, pragnę drzew, nie chcę jednej kropli ale oceanu, nie majowy deszczyk ale gwałtowna burza, jeśli chłód, to taki, od którego wszystko zamarznie, a jeśli ogień to nie płomyk świecy... śmiać się kolcami róż, cierpieć z powodu czerwieni ich płatków, płakać sukniami tancerek flamenco, z miłością wmieszaną w krew, czując w żyłach jej rwący nurt;


ściany pokoju powinny jednak być niebieskie...

czwartek, 14 kwietnia 2011

Oczekując...

w pierwszej modlitwie wyczekujesz
błogosławieństw
szaleństwo nadchodzi niezapowiedziane
kiedy nie możesz go znieść musisz upaść
by nie pragnąć już młodych piersi
w spokoju stając się starą kobietą
/tum. z kirundi/

obcinam włosy bo się siebie nie wstydzę, golę czaszkę... stan bezpieczeństwa odmierzam liczbą rolek papieru toaletowego tkwiących w szafce w łazience. kobieta jest gatunkiem zagrożonym - oddzielana od siebie wysokim murem, traci twórcze możliwości, więc cały czas muszą zachowywać czujność, inaczej skończę w szambie. splądrowana, spalona, zrównana z ziemią. podporządkowana prawom wykreowanym dla zadowolenia innych. kiedy przylepiono mi na czole kartkę z napisem „zła”, bo za wszelką cenę chciałam uciec od reguł obowiązujących i niezdarnych, od sztywnych głupich przekonań i od trupiego smrodu ludzi w nie wierzących, stałam się taka naprawdę. widziałam ten film, czytałam tę książkę, płakałam nad obrazem i wtedy, kiedy słyszalam dźwięki muzyki. nie, nie na zewnątrz. w środku. pewne rzeczy są dla mnie bardziej niż oczywiste, nie mogę ci ich wyjasnić, skoro słyszysz o nich pierwszy raz...