Pokazywanie postów oznaczonych etykietą portret. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą portret. Pokaż wszystkie posty
piątek, 13 maja 2011
wtorek, 9 marca 2010
z Havany

widok malecon o świcie?

schody do ...

kobieta z havany...
wróciłam trzy dni temu, jestem oczarowana, zasłuchana, bije we mnie jej serce, słyszę jej fale, płaczę po nocach z powodu jednego nie zrobionego zdjęcia, tego psa pod murem, z wykręconą łapą i oderwaną od niej skórą, z obnażonym mięśniem, czerwoną plamą drwiącą z rewolucji, która nie pomoże założyć szwów i bandaży, tylko pozwoli wyć i konać, bo nic się już nie da zrobić. bałam się, tak bardzo się bałam, że kiedy je zrobię, będę na nie patrzeć co wieczór...HAVANA.
dlaczego te wszystkie smutne zagłodzone psy patrzą na mnie, one nie patrzą na nikogo tylko na mnie, czuję te spojrzenia, miażdżą mi resztki rozumu. wiem, nie jestem don kichote, który z parku w vedado wyrusza na szalonym rosynante, by walczyć z wiatrakami, nie jestem nim, zresztą wiatraki przeminęły, rewolucja kubańska trwa. ten cholerny pies nie ma z nią nic współnego. dlaczego akurat łazi po havanie? mógłby przecież wybierać z tłustej łapki jakiegoś małego niemca kawałki pysznej wołowinki.... i co ma do tego wszystkiego matka boska z zamkniętymi oczami albo budda? czy ten pies ma złą karmę? a może w poprzednim wcieleniu był w ku klux klanie i teraz ma przerąbane. to wiele wyjaśnia, ale także stawia wiele dodatkowych pytań, na przykład czy ja mam nie spać do końca życia, bo jego obraz przykleił się do mojej siatkówki? czy może mam zmontować domowym sposobem coś podobnego jak szahidzi i walnąć tym w środek rynku w ramach protestu? hmm? jakie jest rozwiązanie...
jak nie ma, to niech nikt więcej nie każe mi rozwiązywać moich problemów. bo w moim przypadku ono też nie istnieje.
niedziela, 24 stycznia 2010
codzienność

codzienność hawany to niezliczone przeciwieństwa bez końca. życie koncentruje się na ulicy. gdyby w hawanie w ogóle nie było domów, wszystko wyglądałoby jak zwykle.... zresztą brak domów jest bliski, po ike'u sporo się zawaliło, nie można sobie pozwolić na odbudowywanie czy remonty, nie ma czym, choćby chęć do tego była jak najlepsza. więc ulica to dom i szkoła, dla wielu praca. hawańczycy są dalecy od przedstawianego w mediach mitu ludzi uśmiechniętych i zadowolonych, którzy marzą o słońcu, spacerach brzegiem morza i tańcu. to ludzie dość smutni, zadumani... pochłonięci własnymi myślami. słońce, o którym marzę w dwudziestostopniowy mróz, mają na co dzień, morze, którego mnie, góralce niskopiennej, tak bardzo brakuje, niszczy rokrocznie ich życie, pochłaniając rzeczy i w dalszym ciągu ludzi, salsa, tak egzotyczna i radosna dla mnie, jest produktem, który można sprzedać... a 98-procentowa wilgotność powietrza i pora deszczowa od listopada do marca, kiedy nie ma się w co ubrać i zmarznięty przemyka ulicami, nie jest pożądana przez kogokolwiek. zresztą co tam wiatr czy cyklon, najgorszy jest brak nadziei. spotkani tu ludzie są życzliwi i przyjacielscy, na pytanie o samopoczucie zwykle odpowiadają, że czują się dobrze i są szczęśliwi. można w to wątpić lub nie...
Subskrybuj:
Posty (Atom)





