
widok malecon o świcie?

schody do ...

kobieta z havany...
wróciłam trzy dni temu, jestem oczarowana, zasłuchana, bije we mnie jej serce, słyszę jej fale, płaczę po nocach z powodu jednego nie zrobionego zdjęcia, tego psa pod murem, z wykręconą łapą i oderwaną od niej skórą, z obnażonym mięśniem, czerwoną plamą drwiącą z rewolucji, która nie pomoże założyć szwów i bandaży, tylko pozwoli wyć i konać, bo nic się już nie da zrobić. bałam się, tak bardzo się bałam, że kiedy je zrobię, będę na nie patrzeć co wieczór...HAVANA.
dlaczego te wszystkie smutne zagłodzone psy patrzą na mnie, one nie patrzą na nikogo tylko na mnie, czuję te spojrzenia, miażdżą mi resztki rozumu. wiem, nie jestem don kichote, który z parku w vedado wyrusza na szalonym rosynante, by walczyć z wiatrakami, nie jestem nim, zresztą wiatraki przeminęły, rewolucja kubańska trwa. ten cholerny pies nie ma z nią nic współnego. dlaczego akurat łazi po havanie? mógłby przecież wybierać z tłustej łapki jakiegoś małego niemca kawałki pysznej wołowinki.... i co ma do tego wszystkiego matka boska z zamkniętymi oczami albo budda? czy ten pies ma złą karmę? a może w poprzednim wcieleniu był w ku klux klanie i teraz ma przerąbane. to wiele wyjaśnia, ale także stawia wiele dodatkowych pytań, na przykład czy ja mam nie spać do końca życia, bo jego obraz przykleił się do mojej siatkówki? czy może mam zmontować domowym sposobem coś podobnego jak szahidzi i walnąć tym w środek rynku w ramach protestu? hmm? jakie jest rozwiązanie...
jak nie ma, to niech nikt więcej nie każe mi rozwiązywać moich problemów. bo w moim przypadku ono też nie istnieje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz