
codzienność hawany to niezliczone przeciwieństwa bez końca. życie koncentruje się na ulicy. gdyby w hawanie w ogóle nie było domów, wszystko wyglądałoby jak zwykle.... zresztą brak domów jest bliski, po ike'u sporo się zawaliło, nie można sobie pozwolić na odbudowywanie czy remonty, nie ma czym, choćby chęć do tego była jak najlepsza. więc ulica to dom i szkoła, dla wielu praca. hawańczycy są dalecy od przedstawianego w mediach mitu ludzi uśmiechniętych i zadowolonych, którzy marzą o słońcu, spacerach brzegiem morza i tańcu. to ludzie dość smutni, zadumani... pochłonięci własnymi myślami. słońce, o którym marzę w dwudziestostopniowy mróz, mają na co dzień, morze, którego mnie, góralce niskopiennej, tak bardzo brakuje, niszczy rokrocznie ich życie, pochłaniając rzeczy i w dalszym ciągu ludzi, salsa, tak egzotyczna i radosna dla mnie, jest produktem, który można sprzedać... a 98-procentowa wilgotność powietrza i pora deszczowa od listopada do marca, kiedy nie ma się w co ubrać i zmarznięty przemyka ulicami, nie jest pożądana przez kogokolwiek. zresztą co tam wiatr czy cyklon, najgorszy jest brak nadziei. spotkani tu ludzie są życzliwi i przyjacielscy, na pytanie o samopoczucie zwykle odpowiadają, że czują się dobrze i są szczęśliwi. można w to wątpić lub nie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz