poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Miło.., ooo, :(, :), ?, 0%:, @... und so weite

Miłość nie polega na nieustannym forsowaniu swoich racji i zmuszniu partnera do śmierci za życia, pac i mucha nie żyje, nie bzyczy, nie prowokuje myśli o tym, gdzie przedtem była; nie jest również wieczną kłótnią, po której strony rzucają się sobie w ramiona i przepraszają oferując dozgonne uczucie; kocham cię więc, ale dwie minuty temu wylałem/łam na ciebie dwa wiadra brudnej wody. To nie miłość. Nie możemy również mówić o niej wtedy, kiedy rozglądamy się nieustannie po okolicy, żeby znaleźć sobie jakieś ciepłe miejsce, do którego wskoczymy zawsze wtedy, kiedy zapragniemy; tylko nie w sobotę, Boże Narodzenie, sylwestra czy wakacje... No, wtedy zostajemy w domu, bo przecież kochamy naszego partnera, prawda? Kochamy go tak bardzo, że nie możemy oprzeć się pokusie uciekania co jakiś czas w inne ramiona, inny zapach, do innego głosu... Miłość nie jest również ciągłym oczekiwaniem na spełnienie naszych oczekiwań; to nie gwiazdka z nieba, złota rybka albo wygrany kupon lotto czy szczęśliwy sms; oczekujemy przeważnie tego, czego „nasza miłość” nam nie daje. Ciągłego głaskania, wielokrotnego mantrowania „kocham cię”, wpatrywania sie w nas jak w obraz i zaspokajania; niezniszczalności, świeżości, wieczności... Wyimaginowana przez media, literaturę czy inną sztukę stała się zbyt piękna, idealna i współcześnie niemal nieosiągalna; stoi na piedestale przypominając  Matkę Boską – część z nas ma nieodparte przeczucie, że jest fikcją, a reszta zastanawia się, jak to możliwe, że jednak są tacy, którzy w nią wierzą.
Przez całe życie byłam kochana na „nie”, na „tak” nie wystarczyło ani miejsca, ani czasu. Jak mogę mieć inne zdanie o miłości? Byłam kochana w sposób arogancki, odgórny, nie znoszący sprzeciwu, zimny. Dla mojego dobra ci, którzy kochali, byli gotowi połamać mi nogi, żebym nie szła, zamknąć mnie w wieży, żebym nikogo nie spotkała, kazać leżeć krzyżem, żeby wybić mi z głowy zwyczajne pragnienia o czułości, oddaniu, wzajemności czy tej niezwykłej chwili, kiedy ludzie spotykają się, żeby położyc głowę na czyimś ramieniu i zapamiętać to na całe życie; taki własny bezcenny obraz ogrzewający ducha i ciało w długie listopadowe wieczory, grudniowe zamiecie, styczniowe wichury, lutowe zaspy, marcowe roztopy...  Okupiłam moją miłość przeświadczeniem, że jest zła, niepotrzebna, fałszywa i kłamliwa. Pod skórą czułam, że uczono mnie nieprawdy, ale jakaś mała cząstka, może kwant mnie, został przekonany, że nauki mogą być prawdziwe. Ambiwalencja zasiała ziarno. Choć nie pielęgnowane, jakimś sposobem urosło, przekształciło się w suchy kłujący badyl, wyrywany wielokrotnie z korzeniami i ciągle odnawiający swój cykl. Perz mojej miłości. Chwast wiary,  nadziei, zaufania. Error.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz