poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Pustka - modlitwa o inną miłość

proszę o wypełnienie pustki - jest we mnie ogromna i bezkresna jak step, jest we mnie naga i zimna jak grób, jest we mnie śliska i mokra jak deszcz, jest we mnie czarna i niewidzialna jak noc
nie umiem z nią współistnieć, jest mi obca, odbiera uczucia, krzyżuje plany, powoduje, że chcę ich nie mieć, zabiera powietrze, zatrzymuje wpół schodów, u-nie-ru-cha-mia
splątuje włosy jak wodorosty, spycha na morze sargaassowe, wyjście staje się niemożliwe a ucieczka mało realna; zamyka więc oczy, uszy zasypuje piaskiem, zakleja usta, brakuje powietrza nawet na powierzchni...
śpiew syren mnie dogania, nie chcę go słyszeć i nie chcę wiedzieć o czym śpiewają, nie! nie pojade kolejny raz, chciałam, ale nie widzę sensu
proszę więc o wypełnienie pustki
inną miłością


piątek, 1 kwietnia 2011

Irytacja

stan irytacji nie jest wcale najgorszy - mnie zwykle prowadzi dalej i dalej, przez złość i wściekłość do niezwykle pozytywnych wyników :) wystarczy, że się wkurzę i natychmiast w moimi życiu pojawiają się pozytywne efekty; owszem, jestem wrażliwa na ludzką krzywdę, ale z każdym rokiem coraz mniej, jasne że potrafię kochać, ale dziś z pozycji obserwatora przyglądam się uważnie takiej sytuacji i wnioskuję: dostanę może w tyłek czy nie? jak się zanosi na nietrwałość i lipę - odchodzę nie czyniąc sobie krzywdy, niedokładne zakochana w dowolnym momencie mogę wrócić do swojej rzeczywistości. Patrząc z dystansu na zaręczynowy pierścionek, czuję że dobrze się stało, perspektywa pokazuje mi możliwości, które mam w dalszym ciągu i ograniczenia, którym mogłabym teraz podlegać, gdyby nie zdrowy rozsądek, który spowodował pogrzebanie miłości. Może ktoś powiedzieć, że to chore, może ktoś ubolewać, że "jestem sama", wolno mu, ale i mnie wolno, ba, mam obowiązek chronić się przed wykorzystaniem czy obłudą...
niezbyt wiele pracy przede mną, muszę wybrać nowy kierunek... to jest przynajmniej uczciwe, uczciwsze niż "kocham cię" czy jakiś chory ślub po to, żeby się zniewolić do reszty.... bzdet
nie muszę jeść tortu codziennie, bo od tego zaczyna mdlić :)

środa, 30 marca 2011

Odwiedziny

bardzo trudno jest być gdzieś, gdzie realnie nie możemy się znaleźć.... bardzo trudno jest codziennie pokonywać dystans klimatu, języka, problemów, przestawiać się tak prosto jak kiedyś ramię gramofonu opuszczało się na czarną płytę... czy to już son czy jeszcze? czy od tego się wariuje? myślę, że tak, jeżeli się kocha beznadziejnie i ma się wiedzę o niemożności zrealizowania miłości, bo z tej miłości nic nie będzie. nienawidzę mojej matki za to, że zawsze to wiedziała, a ja ciągle miałam nadzieje, że jest inaczej... teraz świat jest dla mnie przezroczysty, jak bandaż, jak gaza, jedwabna zasłona, która więcej odkrywa; czasem widzę też drugą strunę, ale tylko wtedy, kiedy ona chce mi ją pokazać... zostało wspomnienie kurzu i spalin, zapachu morskiej piany, smaku ciastek w vedado. mój boże, jakżeż można wspominać morską pianę... 



czwartek, 24 marca 2011

Chichot losu, złośliwość przedmiotów martwych i rozśmieszanie Pana Boga

Od początku marca jestem formą przetrwalnika; zasuszona, wycofana, śpiąca królewna; królewną wszak być niełatwo, trzeba liczyć na czas i chęć kogoś do zrobienia jedzenia, zakupów czy prania, bo królewny same tego nie robią - a królewny-przetrwalniki tym bardziej; są formą życia pozbawioną możliwości wykonawczych, upupioną, wmanewrowaną w cudzy scenariusz, niezawioniony przez nie, ale dla nich przeznaczony; najgorsze jest to, że chcę coś zrobić, ale nie wiem, co, cokolwiek zresztą robię, wygląda, jak bym nie robiła, nie ma efektów, żadnych, można tylko snuć się i spać, czasami już nawet nie mogę spać... za dużo śpię, w dodatku wmawiam sobie, że to dobrze, że odzyskuję zdrowie; w rzeczywistości chudnę i chudnę.... i już zaczynam przypominać wyblakłą akwarelę, przezroczyście uroczysta i prawie nieistniejąca.... elementy takie jak oczy czy nos, uszy, brwi są na swoich miejscach, ale nie stanowi to o moim tam istnieniu; spędzam trochę czasu na poszukiwaniu siebie i oswajaniu strachu; zastanawiam się, czy już czy jeszcze, jak bardzo to trudne i czy podołam, moje prywatne przełamywanie fal właśnie się zaczęło; dlaczego qrva nie wiem, co mam robić???

środa, 16 lutego 2011

Feliz cumpleaños!!! Todos los derechos reservados...

no tengo una fuerza para escribir mas, quiero decir sólo esto, que cuarenta y nueve años es mucho tiempo para este mundo....


poniedziałek, 14 lutego 2011

Los trenes siempre me dan miedo




Przy calle Arsenal w Havanie znajduje się dworzec centralny  - Estación Central, nieopodal na wolnym powietrzu koczują stare lokomotywy, zaimprowizowane muzeum przypomina o czasach ich świetności i wywołuje smutek, świadomość, że przeszłość jest nie do odzyskania....
Jest 27 lutego 2010. Poznawanie tej części miasta nie jest zbyt przyjemne. Właśnie zaczęło lać. Deszcz jest obrzydliwie zimny, a ja nie wzięłam parasola. Rano usłyszałam, że ma nie padać. Moknę i marznę przyczajona na krawężniku, w pobliżu nie ma nawet gdzie usiąść. Ludzie są zabiegani, zajęci. Dumam więc o przeszłości i zastanawiam się, gdzie się schronić. Wpadam na pomysł, że może na dworcu znajdzie się jakieś miejsce, ale żadnego miejsca nie ma. Godzinę chodzę po sklepie typu todos por un dolar, oglądam chińskie klapki z plastiku i wykałaczki. Wreszcie przestaje padać. Kiedy wychodzę na ulicę i staram się obmyślić drogę powrotu do domu, jeszcze paskudnie siąpi. Ulicami płyną strugi mętnej żółtej wody. Przemykam pod arkadami domów. Dzięki za styl kolonialny i możliwość schronienia się przed deszczem czy słońcem. Większość, których zaskoczyła ulewa, porusza się rikszami, okrytymi z tej okazji folią powiązaną czym popadnie. Biegnę zmoknięta na swój postój w centrum, żeby jak najszybciej złapać taksówkę i znaleźć się w suchym miejscu, zdjąć mokre ciuchy i zrobić drinka. Nawet nie pamiętam, o czym wtedy rozmawiamy. Wiem, że jestem niezadowolona, że oboje jesteśmy niezadowoleni. Wiem, że z tego powodu nawet w domu nie będzie przyjemnie. Za sześć dni spakuję ciuchy i pojadę na lotnisko. Czuję, że mam już dość. Złośliwość pogody przejawia się tym, że kiedy tylko zamykam za sobą drzwi wynajętego mieszkania przy calle San Francisco, wychodzi słońce. Niebo błękitne jak przed dwiema godzinami, ulice momentalnie wysychają. Jest dopiero pierwsza, a ja uwięziona. Mam ochotę wyjść jeszcze na miasto. Siedzenie w tej klitce bez okiem powoduje klaustrofobię. Niestety nie wyjdę. Przecież sama nie mogę.

środa, 2 lutego 2011

Środa

odzyskałam równowagę częściowo, starałam się i próbowałam wszystkiego, żeby minął ból; i minął; więc jest środa, trwało to około 80 godzin! panika, lęk, otchłań... cóż, mam wrażenie, że więcej się tak nie ugotuję; po prostu trzeba żyć!!! pomogły: mila, ula, ev, ruda, izka, kasia, marta... nieocenione, dobre, uważne dziewczyny, bez których byłabym dalej w karle... ale karzeł zwinął ogon pod siebie i uciekł. a, no ja odrobinę tez pomogłam :)