wtorek, 20 kwietnia 2010

koniec świata

miałam mnóstwo niezwykłych snów w swoim życiu, ale poetyka tego przerosła wszystkie inne... muszę kiedyś założyć tutaj na blogu dział sny z ilustracjami, te najważniejsze, ale teraz o tym wczorajszym
wieczorem mnóstwo rozmawialiśmy z rafaelem o ostatniej erupcji wulkanu, szukałam w sieci jakichś informacji, zdjęć i przy okazji natknęłam się na prognozy dotyczące końca świata. nie mam do nich stosunku, skończy się, to się skończy, moja wiedza na ten temat czy próby ratowania sytuacji nie mają na to żadnego wpływu, ale było ciekawie... naukowcy, denikenowie, straszyciele... cały tygiel internetowy, no i moja wyobraźnia we śnie popracowała
mieszkałam, gdzie mieszkałam i nadszedł wieczór. ze wszystkich mediów donosili o końcu świata i zmianie klimatu. cała ta perspektywa rozgrywała się na żywo przed moimi oczami. trochę w to nie wierzyłam. w domu było ciepło i bezpiecznie, w dodatku miałam dostęp do wszystkich informacji. wyjrzałam przez okno i jednak trochę się przeraziłam... kiedy odsunęłam zasłonę, zobaczyłam zamrożony krajobraz. gałęzie drzew, czarne i bezlistne, wbiły się przez okno do pokoju, szyba była wytłuczona, ale stanowiła całość z krajobrazem na zewnątrz i wewnątrz, zamarznięte odłamki zaglądały do pokoju, groźne, zawieszone w bryłach lodu niczym owady uwięzione w bursztynie... z ta różnicą, że pejzaż, który oglądałam, był czarno-biały
dziwiło mnie tylko, że jest ciepło... nie czułam powiewów chłodu, jakby całe to miejsce za oknem było teatralną dekoracją. podobało mi się i postanowiłam wyjrzeć dalej. na zewnątrz zobaczyłam mnóstwo kolorowych przedmiotów zamarzniętych w szklistej przestrzeni, najpiękniejszy był ciemnoczerwony patyk, dość gruby i wyraźny, lekko przekrzywiony zawisł między trzepakiem a ścianą bloku naprzeciwko... widok był niesamowity, trochę horror, trochę sf, chociaż to moje podwórko. pamiętam, że bardzo martwiła mnie sytuacja w szwecji... dlaczego? obudziłam się wystraszona z nie dającą spokoju myślą - nie chcę końca świata.

niedziela, 11 kwietnia 2010

my daiquiri, mojito y pina colada...


inskrypcja z "la bodeguita"

z ernesto hemingway w "el floridita" - habana

mojito w "la bodequita" y daiquiri w "el floridita" - habana
od dwóch dni mam fiestę, sączę dla odmiany daiquiri, odłożyłam ulubione mojito z powodu braku świeżej mięty. muszę zadbać, by pojawiła się w skrzyneczce na balkonie jak najszybciej. z powodu braku śmietanki kokosowej nie piję pina colady, nie znoszę udziwniania oryginalnych drinków, to zbrzydza smak, wszystko co :ciekawe" i "oryginalne" w tym zakresie można włożyć w buty, domorosłe pomysły na zamianę syropu cukrowego czy brązowego cukru na grenadynę, albo limonek na cytryny, albo śmietanki kokosowej na mleko skondensowane, cuchną.... nie pochwalam. oryginał to oryginał. nie zapomnę, kiedy "barman" chciał mi kiedyś podać brązową tequilę z solą i cytryną !!! p mało nie spadłam ze stołka przy barze. brrr nieuświadomienie i brak pokory albo zwyczajna głupota. tak, nie stać mnie już na picie kiepskich drinków, utrzymywanie kiepskich znajomości, podtrzymywanie trupich kontaktów z tymi, którzy uznali, że "się" coś znaczy. nie znaczy i już. ale żeby się o tym przekonać, trzeba chcieć. i tym różni się ignorancja od niewiedzy.
a smak zycia to jest właśnie daiquiri w "el floridita", nie gdziekolwiek, nie piwo z sokiem.... i tylko to się liczy, bo życie ma wspaniały smak

wczoraj - maya

kin2, biały biegunowy wiatr, ton drugi, drugi dzień fali czerwonego smoka, rozpoczynającej nowy cykl
kin drugi nosi w sobie ostrzeżenie przed naginaniem porządku rzeczy i działaniami niezgodnymi z prawami natury, porządkuje chaos (jakież to wspaniałe wyjaśnienie), a fala smoka zawiera skoncentrowany i spójny komunikat: najważniejsza jest miłość, powraca by uczyć, że podstawowym celem wszechświata jest wolność...
ton biegunowy, wyzwań i prowokacji, daje do zrozumienia, że świat jest dla każdego, kto... nie igra z ogniem, od iskry może powstać wielki pożar...

sobota, 10 kwietnia 2010

katastrofa 10 kwietnia przed południem, sobota

nie mówi się o niczym innym, tylko o katastrofie prezydenckiej.... kiedy wstałam i włączyłam tv, zobaczyłam na wszystkich kanałach to samo i czarne logotypy tv... żałoba narodowa. jedni mówią o sprzęcie, że zbyt kiepski jak dla prezydenta, inni, jak wałęsa, że był remont za 70 mln złotych albo euro (on nie pamięta), płaczą, modlą się, tłumaczą, że odeszli do "ojca", a inni na ulicy boją się co będzie z polską... ano nic. wszystko będzie jak do tej pory, ludzie pójdą do pracy, ja wyjdę z psem, bo ta czy inna katastrofa nie ma żadnego wpływu na jego funkcje fizjologiczne. zginęło 87 albo 136 osób, dokładnych danych na razie nie ma, w porównaniu z umieralnością w afryce to kropelka z ulewy. ale zginęli ludzie. zawsze w takich przypadkach myślę, czy to ochrona przed jeszcze gorszym losem, jak mawiał vonnegut, gorszym od śmierci, czy to kara za coś, w sensie niezasługiwania na dalsze życie. możliwe, że w przypadku takiego skupiska polityków to drugie. z ciekawości zajrzałam do tzolkina, chciałam znaleźć jakieś wyjaśnienie i dowiedzieć się, co sprawiło, że zwyczajna sobota przejdzie do pamięci mojego kraju i połowy europy jako najstraszliwszy dzień w historii chyba od czasów drugiej wojny i zamieszek w grudniu 80.
jakiś powód być musiał, tego rodzaju rzeczy nie są dla mnie przypadkowe....
aktualizacja - 96

środa, 7 kwietnia 2010

czwartki są najlepsze na spełnianie marzeń :) thanks

są i już. marzenia się spełniają. nie zdradzę całej tajemnicy. lubię tajemnice więc będę się nią bawić i pielęgnować. ona będzie rosła i przeobrażała się z poczwarki w motyla. kiedy motyl osiągnie swą dojrzałość i piękno, odfrunie... ale to nic, tak właśnie ma być. moja magia działa i te piękne białe kwiaty z mocą odganiania demonów... dziękuję

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

koń by się uśmiał

można się uśmiać, zirytować, stracić cierpliwość, kiedy widzi się ekwilibrystyki różnych ludzi, którzy pragną koniecznie wmanipulować cię w swoje plany albo wymigać się od wcześniej podjętych zobowiązań... i w dodatku zgrabnie próbują udawać, że wszystko jest okej, uznając cię tym samym za ślepca, który zgodny i spolegliwy nie widzi ich wyczynów. uprzejmie donoszę, nie anonimowo, na siebie samą, że ślepa nie jestem, wzrok mam bardzo dobry, myśleć potrafię, fakty kojarzę i... nie mam ochoty udawać dłużej. nie zaproszę nikogo na weekend po 10 minutach rozmowy, to decyzja ostateczna, a kiedy słyszę, że ktoś mnie zaprasza do domu w święta, na obiad na przykład, a potem zmienia plany, lawirując wśród dziwnego słowotoku, nie mając odwagi powiedzieć wprost, ogarnia mnie rodzaj politowania. wzruszam ramionami mówiąc do siebie: a nie mówiłam... jak się kłapie dziobem, to trzeba mieć odwagę potem to odkłapać... niestety, lepiej się wykręcić. no cóż, nie ma sprawiedliwych, brak lojalnych, pozostaje mieć to gdzieś. więc mam. nie przyjmuję półśrodków, nie wystarczy mi obiecywać, nie zadowalają mnie ochłapki, nawet swojemu psu ich nie daję. chcę tylko smacznych kęsków. oczywiście mocno zakręciłam tę opowieść, ale... dla tych z otwartymi głowami będzie zrozumiała
głupota = pycha, niski samokrytycyzm, niezdolność do zdziwienia - ogólnie niedostatek rozumu - wiki
a na obiad było to... mniam

niedziela, 4 kwietnia 2010

podły nastrój

są takie dni, kiedy przeszkadza ci nawet własny podbródek... jeśli to jeden dzień, nie ma sprawy, gorzej jeśli zbierze się więcej. dziś mam taki dzień, wczoraj miałam, ciekawe, jak będzie jutro. zaduma, smutek, refleksja... wszystko idzie nie tak. i naprawdę czasem nie wiadomo, co robić. nie ma też nikogo, kto mógłby z racji sędziwego wieku czy doświadczenia, doradzić... człek zostawiony sam sobie jak na bezludnej wyspie. zagubiony. jedyne pocieszenie to to, że za chwilę wszystko wróci do zwykłego kieratu i znowu pojawi się oczekiwanie na coś innego. życie bez oczekiwania byłoby nie do zniesienia. no i zawsze można liczyć na ...

piwo
i fajkę