sobota, 15 stycznia 2011

2010, 18 lutego, Havana, Lawton
kiedy przechodzę przez diez de octubre mijam ludzi takich samych jak ja... w tym sklepie naprzeciwko nie ma prawie nic, ciasteczka, rolady, torciki, obrzydliwe bez smaku, sam cukier i wygląd, nic poza tym, ale ludzie kupują, bo nie ma nic innego, oczywiście za cuc, to sieć sylvain, tiendas especializadas en panes y dulces... hahaha, wchodzimy, oglądamy, wychodzimy. mijamy zielony dom, ten w prawym rogu zdjęcia, gdzie zawsze rano siedzi kwiaciarka i gdzie na rogu łapiemy taksówkę do centro habana...




za zielonym domem skręcamy w lewo w calle san francisco, która nie wygląda imponująco w przeciwieństwie do nazwy. moja calle jest dość szeroka i brudnawa, mimo że wszyscy dbają o wyrzucanie śmieci do pojemników, jakoś tego nie widać. jest odrapana, nierówna, powykrzywiana. numero 3 (w lewo za dziewczyną w koszulce na ramiączkach)




w podwórku mieszkamy obok właścicielki rudawego spaniela, maleńkiej siwej staruszki i wiecznie kłócącego się małżeństwa, którego dzieciak wysiaduje na naszych schodach. casa de miguel jest zadbana i czysta, miguel zmienia pościel i myje podłogę, zapomina jednak o kurzu na meblach, ale to nie problem. mamy małżeńskie łóżko, szafę na ubrania, łazienkę z wszędobylskim grzybem wymalowaną na niebiesko, małą kuchnię, gdzie w aluminiowym garnku gotuję wodę na kawę, działającą lodówkę, telewizor i siebie... w sumie nic dziwnego, że "komfort" bo ta casa nie jest darmowa :) vis a vis numero 3 jest państwowa piekarnia, czasem wieczorem udaje się tam kupić "na lewo" ten lepszy chleb, a trzy domy dalej w głąb ulicy mamy prywatny punkt małej gastronomii i to ratuje mi w havanie życie... ale mój sposób życia tutaj to nie kwestia pieniędzy.
zdjęcia z barrio nie są moje... nie wyjmuję tutaj aparatu, choć teraz myślę, że powinnam i nie bardzo wiem dlaczego tego nie zrobiłam. żałuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz